ZAMYŚLONA

Witam.

Znalazłam Waszą stronę i postanowiłam opisać swoją historię bo nie radze sobie z myślami, nie wiem czy robię dobrze.

Wszystko zaczęło się 3 lata temu jak zmieniłam pracę. Byłam wtedy w związku już 6 lat (mój chłopak jest kierowcą i widzimy się tylko przez tydzień w miesiącu). W pracy poznałam chłopaka który na początku nie przykuwał mojej uwagi. Był miły, pomagał mi się odnaleźć w tym wszystkim miał narzeczoną więc też jakoś się nim nie interesowałam – był po prostu dobrym kumplem. Po kilku miesiącach przyszedł do mnie na kawę i wtedy po jego wyjściu coś mnie tknęło i powiedziałam mu, że rozstałam się z chłopakiem. Spotykaliśmy się dalej jako znajomi, rozmawialiśmy godzinami przez telefon i tematy się nie kończyły. Tylko jak jechał do swojej narzeczonej nie kazał mi nic pisać bo twierdził że jest bardzo zazdrosna i tego nie zrozumie. Uszanowałam jego prośbę i przez cały weekend praktycznie milczeliśmy. Ale gdy tylko nie był u Niej się odzywał i tematy się nie kończyły.

Pewnego dnia oświadczył mi że zerwał z Nią, nigdy na to nie nalegałam ale też mnie to ucieszyło. Byłam już od Niego uzależniona, mojego chłopaka nie było on przyjeżdżał, razem spędzaliśmy czas, praktycznie wszystko razem. I tak trwało to 2 lata, tylko że przez ten czas się do siebie nie zbliżyliśmy z uwagi że ja cały czas miałam w podświadomości fakt że kogoś mam. Ale nie dawał po sobie poznać, że cos jest nie tak twierdził, że będzie czekał tyle ile będzie trzeba bo to ja jestem ta jedyna i od pierwszego dnia jak mnie zobaczył wiedział że będziemy razem. Poznałam jego rodziców, rodzinę,  naprawdę zachowywaliśmy się jak para. Kiedy zmarła jego mama też całe dnie spędzaliśmy razem.

Ale rok temu napisała do mnie jego była narzeczona, że jesteśmy obie oszukiwane. W pierwszej chwili nie wiedziałam co ta kobieta ode mnie chce, o co jej chodzi… przecież ja tak ufam Robertowi ze jestem pewna, że on by mnie nigdy nie skrzywdził i nie okłamał. Spotkałam się z Nią a ona pokazała mi smsy które do niej pisał. Z Nią spotykał się tylko wtedy jak ja jechałam do rodziców w odwiedziny 120 km od miejsca gdzie obecnie mieszkam. Jak mi opowiadała spotykali się po lasach a to u Niego w domu bo mieszkał sam i uprawiali seks. Cały czas też przez to robił jej nadzieje że będą razem. Jak ja wracałam to ją zbywał, zabraniał jej pisać do siebie i kontakt urywał itp. Miedzy nami było pięknie czasami tylko wyrzuty czemu jestem taka niedostępna, czemu ukrywam że mamy tak dobry kontakt przed ludźmi z pracy. Ale ja zawsze uważałam że co kogo interesuje moje życie prywatne.

Po Naszej rozmowie postanowiłyśmy to z Nim wyjaśnić i pojechałyśmy do Niego, co prawda był zaskoczony, nie wiedział jak to możliwe. Wtedy powiedział że to mnie kocha przy Niej ale znał mnie i wiedział ze jak raz mnie okłamie to może o mnie zapomnieć. Że byłam niedostępna a on nie wiedział co się dzieje. Wyjaśniliśmy wszystko z Nim i pojechałyśmy. Tego dnia i nocy pisał jeszcze do mnie, że mnie kocha że mam jej nie słuchać. Ale następnego dnia już było odwrotnie to ją kochał i do Niej chciał wrócić, mnie obrażał że to ja mu namąciłam, że oni tyle razem przeszli i że musza być razem. Że jaka to ja zła jestem. Nie wiedział że my mamy razem kontakt i wymieniamy się smsami jakie do Nas pisze. Ja milczałam 5 miesięcy on sporadycznie do Niej pisał. Ja przez ten czas się zaręczyłam jakoś funkcjonowałam chociaż nie ukrywam że czasami o Nim myślałam. Nie potrafiłam zrozumieć że tak mnie oszukał i  z dnia na dzień potrafił mnie obrażać przed Nią, nie dawało mi to spokoju. W pracy oczywiście wszyscy myśleli że to Ja go zraniłam i zostawiłam bo się zaręczyłam a on biedny został sam.

Pewnego dnia pojechaliśmy ze znajomymi po pracy na piwo do miejscowości w której on mieszka. Po alkoholu człowiek odważniejszy nie wiem co mnie tknęło ale postanowiłam, że może pójdziemy do niego pod pretekstem skorzystania z toalety. I tak się stało wylądowaliśmy u Niego na chacie, wypiliśmy wszyscy jeszcze trochę alkoholu. Oni pojechali a ja zostałam by wyjaśnić sobie z Nim wszystko co mnie jeszcze bolało ( jeśli można to tak nazwać) . Całą noc rozmawialiśmy a rano odwiózł mnie do domu. Mówił, że nie odzywał się bo zawsze powtarzałam ze kłamstwa nie wybaczę itp. Ale nawet nie spróbował ze mną nawiązać kontaktu tylko zaczął umawiać się z czasem z innymi.

Nie wiem jak to się stało ale od razu kontakt wrócił znów na ten sam tor wjechaliśmy. On zaczął się starać wiedząc ze mam kogoś. Naprawdę zaczęło mu zależeć ja chciałam się przekonać czy faktycznie nie potrafię bez Niego funkcjonować, zamieszkaliśmy razem przez miesiąc było super, był opiekuńczy, miły, zbliżaliśmy się do siebie ( ale nigdy do seksu nie doszło). Czekał 6 miesięcy jaką podejmę decyzję czy zostawię swojego narzeczonego. Bardzo nalegał i oto były praktycznie tylko Nasze kłótnie. Ja nie potrafię tego zrobić,  nie wiem dlaczego. Robert twierdzi że się zmienił, że dostał nauczkę od losu. Ale moje niezdecydowanie doprowadziło do tego, że pewnego dnia powiedział koniec i odpuścił. Mamy kontakt bardzo ograniczony. Po tygodniu coś mnie tknęło i pojechałam do Niego, ale auta nie było on telefonu nie odbierał. Zadzwonił po 22 i oświadczył że był u rodziny a telefon zostawił w domu bo zapomniał. Po czym jak zaczęłam bardziej dopytywać zaczął się mylić, potem zmienił wersje na inna. Nie jestem pewna ale wydaje mi się że mógł być na spotkaniu z inną kobietą, tylko tak po tygodniu Naszego rozstania? Czyżby mnie znów oszukiwał, że nikogo nie było a jednak gdzieś tam ktoś był?  Teraz do mnie tylko pisze że mam dać mu spokój by sobie to życie mógł jakoś poukładać. Nie pisze do Niego jeśli tego chce. On się odzywa ale na zasadzie, że jak ja tak mogę być z kimś innym.

Nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony było widać że mu zależy, że jest za mną ale czy tak było naprawdę ? Teraz bardzo brakuje mi wspólnych rozmów, spędzania razem czasu. Nie wiem co mam robić tak naprawdę. A z drugiej strony mam narzeczonego który jest bardzo za mną i nigdy mnie nie skrzywdził.

Zdaje sobie sprawę z tego, że Robert bardziej mnie rozumie bo pracujemy w tej samej firmie i znamy specyfikę tej pracy, ale czy tylko tego mi brakuje?

Proszę wyraźcie swoja opinie na ten temat. Bo ja już nie mam sił.

Pozdrawiam

Iwona

W imię przyjaźni

Witam, piszę nie o swoim kłopocie, ale mojej przyjaciółki, nie mam już sama siły ani słów, aby wytłumaczyć jej bieżący stan jej „związku”, pomyślałam że może grupowe potrząśnięcie nią zadziała mocniej, bo przypuszczam że Wasze reakcje będą podobne jak moje. Postanowiłam więc napisać do Was, liczę na komentarze, które może pokażą jej, że nie patrzy na tą sytuację realnie. Pomóżcie :)

Otóż, historia ma swój początek półtora roku temu, kiedy to moja przyjaciółka, nazwijmy ją A rozpoczęła niewinne kokietowanie swojego szefa. Polegało to co najwyżej na uśmiechu, aby ewentualnie na „piękne oczy” nie dostać bury. Śmiała się z tej sytuacji, mówiąc że kijem by go nie tknęła, ale skoro reaguje w sposób pozytywny na jej uśmiechy to można z tego wyciągnąć pozytywy. I tak to chwilę trwało, ale w pewnym momencie zaczęły się jakieś wspólne wypady na obiad w godzinach pracy, jakieś załatwiania wspólne wymagające wyjazdów i zaczęli rozmawiać. Dużo rozmawiać, jednak nie miało to żadnego oddźwięku fizycznego. Po tych rozmowach zauważyłam, że jej nastawienie się zmienia. Krótko mówiąc była nim zafascynowana. On jest starszy o kilkanaście lat, więc bardzo szybko zadziałał na nią swoim doświadczeniem życiowym. Okazało się, że jest z kimś związany od kilku lat, partnerka – nie żona, nie narzeczona, żadnych dzieci, żadnych zobowiązań. I tutaj A miała odwrócić się napięcie i jasno dać do zrozumienia, że nie ma szans na spotkania i rozmowy dopóki on jest z kimś związany. Ale tego nie zrobiła. Niestety.
W dalszym etapie zaczęły się spotkania po godzinach pracy, ale bez miejsc publicznych, bo wiadomo – absztyfikant z kimś mieszka. Naturalnym etapem poznawczym był wreszcie seks. Oczywiście ów samiec, obiecywał że zakończy swój związek, tylko ciągle nie był pewien uczuć A. Ciągle powtarzał, że ona jest taka młoda, że może zmienić zdanie, że dla niego to jest przewrócenie całego życia, ale że tego chce, tylko musi mieć pewność. I w tym momencie po raz kolejny A powinna zostawić go daleko za sobą jako wspomnienie, ale jak się domyślacie tak się nie stało.
Wreszcie zwolniła się z pracy, bo nie dała rady mówić do niego per pan, po porannym bzykaniu, ponad to ciągle tłumaczyłam jej że musi mieć swoją płaszczyznę, że musi brać pod uwagę że ten romans skończy się źle a wtedy zostanie również bez pracy. I udało się, odeszła. Ale oczywiście, romans trwał nadal pełną gębą.
Jej urodziny – wpadł z bukiecikiem kwiatów i drogim prezentem do jej mieszkania, posiedział z pół godzinki i pojechał bo przecież już późno było. Nie wspominając już o jej ogromnych staraniach na jego urodziny, które były wcześniej. Było jej przykro, ale dalej wszystko trwało.
Potem były wakacje, ciągłe kłótnie i wyrzuty wzajemne, ona o to że on nadal jest z tamtą pomimo obietnic, jego o to że ona ciągle robi stres, a to wszystko poprzeplatane miłymi chwilkami.
Przez bity rok on obiecywał że się rozstanie tylko jeszcze nie teraz, że jeszcze nie jest pewny, w końcu jak już niby był pewny to oczywiście coś zawsze się działo. A to rodzina przyjeżdża to przecież nie czas na taką rewolucję, a to ktoś jest chory, a to coś innego.
We wrześniu mówił, że nie może wyobrazić sobie że ze swoją obecną kobietą będzie spędzał święta, ale w listopadzie powiedział A, że przecież nie może zostawić tamtej kobiety po tylu latach na Święta Bożego Narodzenia – romans trwał już wtedy prawie rok. Wtedy dostałam furii, powiedziałam jasno i wyraźnie, że przecież do cholery ciężkiej to jasno pokazuje kto jest dla niego ważniejszy. Ale i to nie pomogło. Obiecał że zostawi ją w styczniu.
Więc A czekała. Mijał styczeń bez efektów, w końcu A nie wytrzymała spotkali się i powiedziała, że widzi że nic się nie zmieni, że może być spokojny, że nikomu o tym nie powie, że może układać sobie życie w szczęściu i kończą znajomość, bo dłużej ona tego nie wytrzyma. I co? Oczywiście, zapewnienia, że on naprawdę tamtą zostawi, że jej nie kocha, że pokochał A, że on jest już pewny i to zrobi, ale potrzebuje jeszcze trochę czasu, więc finalnie wyznaczyła jasno datę która ma rozprawić o tym wszystkim, jaką? 14 lutego – z kim spędzi ten dzień tego wybiera. To były długie trzy tygodnie, ale oczywiście nie zostawił swojej kobiety, ten dzień chciał spędzić z obydwoma.
Obecnie już minęły dwa tygodnie jego głuchego wydzwaniania za moją A, pisania smsów miłych, a potem nerwowych bo ona nie odbiera. W końcu powiedziała jasno i wyraźnie, że dopóki się nie rozstanie to nie mają o czym rozmawiać, ale myślała że on postawiony pod murem szybko uczyni ten krok i będą wreszcie razem na normalnej stopie. Jednak tak się nie stało, ona jest silna i nie ma z nim kontaktu, ale jednocześnie jest totalnie załamana. Ciągle analizuje, myśli, kombinuje, ale najgorsze jest w tym wszystkim to, że wczoraj powiedziała mi że ona po prostu nie może uwierzyć w to że on mógł tak kłamać, że mógł wywołać u niej celowo takie uczucia, taki żal i taką pustkę i tak ją zranić, że to jest niemożliwe.
I proszę Was nie linczujcie jej za bycie drugą, ja też tego zupełnie nie uznaje, ale cała ta sytuacja tak mocno dała jej w kość, że na pewno nigdy w życiu już nie będzie w tej roli. Najpierw była nieświadoma, potem kiedy już była zafascynowana się dowiedziała a on obiecywał złote góry i tak to trwało, ale nauczkę już dostała. Proszę Was bo mnie też kiedyś wyciągnęłyście z dołka po traumatycznym związku o obiektywną opinię, o wypowiedź w kwestii tego jak mężczyźni potrafią kłamać, jak potrafią nas ranić, bo moje słowa nie są dla niej wystarczająco wymierne. Mam nadzieję, że to przyniesie jakiś skutek.
Pozdrawiam Was ciepło, jesteście niesamowite :)
Klaudia

Nie potrafie dalej funkcjonowac…

Poznalam go 6 lat temu… wspolna praca… godziny rozmow… Najwiecej na temat jego zwiazku… on 45 lat, ja 28. Skarzyl sie praktycznie non stop… jak beznadziejna ma swoja kobiete… oziebla, jak im sie nie uklada… jak dlugo tak nie wytrzyma… A o mnie? Ze jestem cudowna, dobra, jego sloncem, idealem… mnie nigdy by nikt nie skrzywdzil…bla bla bla… Mimo iz mieszkal ze swoja kobieta (byli razem 10 lat wtedy) wysylal do niej maile, wczesniej dajac mi je do przeczytania… Ona miala to gleboko gdzies… wyrzucala… ignorowala go… Az w koncu wyznal mi ze sie zakochal we mnie, ze moze byc czasem dziwnie ale zebym sie nie martwila… I tak kolejne rozmowy, wychwalanie… bylam zlapana calkowicie. Moj pierwszy zwiazek, pierwszy mezczyzna. Tylko jego partnerka dostala furii… codziennie go sledzila, blagala o powrot, manipulowala rodzina, robila wszystko co mogla… a on? czesto plakal i skarzyl sie jaka jest nienormalna, ze nie wie co robic z nia, pracuja razem… tysiace smsow, maili, telefon – atakowala go bez przerwy.. grozila… on jej mowil ze nie kocha, ponizal – ona jeszcze bardziej „walczyla”. Zamieszkal ze mna… nocami przychodzily wiadomosci, kiedy prosilam o blokade numeru, rozwiazanie tej sytuacji… zawsze tlumaczyl ze to nieetyczne, ze tak nie mozna… ze nie moze jej tego zrobic… Kiedy miedzy nami dochodzilo do klotni, nagle odkrywalam maila jego do eks czy nie poszlaby z nim na kawe albo do kina… znowu klotnia miedzy nami… a tam sie okazuje ze ona go podwozi do pracy i musza jechac razem do lekarza albo na impreze rodzinna bo ona jest matka chrzestna dziecka jego siostry. Wyprowadzilam sie 100km dalej… mialam dosyc trojkata… Chcialam od tego uciec… dostawalam paranoji jak przychodzily wiadomosci… On stwierdzil ze jestem zupelna egoistka, zostawilam go tam… chcialam zeby sie do mnie przeprowadzil ale mial problem z praca… wiec zostawaly weekendy… znowu sie wprowadzil do eks bo stwierdzil ze nie wytrzyma psychicznie w domu rodzinnym – ALE TO MOJA WINA oczywiscie bo ja ucieklam. Wiec co mial zrobic. Tam znowu eks mu nie dawala zyc… i tak ciagle. Ale pozniej sie okazywalo ze jada razem na wakacje… bo mial dosyc sytuacji ze mna… pozniej dostawalam wiadomosc ze z nia spal i chyba do niej wroci… ja panikowalam… panikowalam o wszystko… ciagly strach ze zaraz wroci znowu tam i dostane wiadomosc ze jest mu cudownie… zwykle tak do mnie pisal po powrocie. Pozniej po jakims czasie ja pisalam, blagalam i znowu wracal do mnie ze tylko mnie kocha. Jej mowil ze jej nienawidzi… ze rani go, manipuluje, molestuje… Po kolejnym zostawieniu… kiedy powiedzial ze juz tam jest szczesliwy, maja psa i jest cudownie, wyjechalam z kraju… odezwal sie 2 mc pozniej proszac o spotkanie… i znowu sie zaczelo… przepraszam, ze to nieprawda… ze tam nie moglby byc juz nigdy bo jej nie kocha… i tak w kolko… 
W lipcu zeszlego roku przeprowadzil sie do mnie – zablokowal eks. Utrzymywalam go we wszystkim, kursy jezykowe, jedzenie, dom, ubrania, zachcianki… staralam sie wszystko zapewnic… bo WRESZCIE jestesmy razem. W listopadzie znalazlam maila do eks – Kochanie, zatanczymy niedlugo razem… Znowu przepraszal ze to nie tak… jest mu ciezko z dala od domu… samotny… bez rodziny i pracy… Prosil o bordera collie, psa. Kupilam. Znowu bylo ciezko bo pies uciazliwy. Mial jechac do Polski na walentynki bo zasilek. 2 tygodnie przed wyjazdem znalazlam smsy z eks o spotkaniu w walentynki… czy wszystko aktualne… ze kocha ja, nie moze sie doczekac, teskni… Przeprosil. Obiecywal ze nie bedzie spotkania, zebym sie nie martwila niczym. Chce sie juz skupic na nas. Kocha mnie itp itd.
Pojechal. W walentynki powiedzial ze chce sie spotkac zeby raz na zawsze rozwiazac sprawe z eks. Zeby przestala do niego codziennie pisac. Spotkal sie. Na drugi dzien powiedzial ze z nia spal. I ze nie bedzie miec do mnie zalu jesli nie bede chciala zeby wracal do mnie. Powiedzialam, zeby nie wracal. Stwierdzil ze nie wie co sobie wmawial ale tamto jest jedyne i prawdziwe. Ja zostalam. Sama. Nie… z psem. 
Nie radze sobie zupelnie. Miesiac temu mowil jak mnie kocha, teraz juz jednak eks. Nie chce pisac, blagac… znowu wszystko to samo… ale wyslalam blagajacy list… nie dalam rady… wyslalam mu tylko czesci rzeczy… chce zeby wrocil… Modle sie zeby nie wyslal kluczy… Boje sie kazdej przesylki ktora dostaje… Teraz wiem, ze jest w Niemczech, pracuje jako opiekun… wyjechal na miesiac… Modle sie zeby sie odezwal… nie potarfie przestac myslec… Dopiero co kochal… to nie moglo sie tak szybko zmienic… psiak… Myslal o pracy tutaj.. chcial bardzo tu byc… nienawidzil jej, teraz jednak tylko tam… wkurzal sie ze pisze… czy to wszystko to klamstwo??? Strasznie chce napisac… chociaz najmniejszy kontakt… cokolwiek… wciaz bardzo kocham… zostalam zupelnie sama w obcym kraju… a mielismy wszystko razem budowac… i chcial… przekalkulowal ze jako opiekun bedzie zarabial 1000euro – na zlotowki to fajna kasa… ale w Szwajcarii nie tak duzo… Tesknie strasznie za nim… nawet podjechalabym do niemiec… tam gdzie jest… ale boje sie jakiegokolwiek spotkania… nie chce uslyszec ze to wszystko moja wina… nie chce slyszec zebym spierd… z jego cudownego zycia… 
Co robic?
Grendelka

Z okazji Dnia Kobiet

Malze-7

Stacy Hawkins Adams

„Perły symbolizują życie i to, że Bóg może stwarzać coś pięknego

z nieszczęścia, wstydu albo winy

tak długo, jak mamy w sobie chęć przemiany.

Kiedy decydujemy się stawić czoło obcemu

i bronić naszych dusz i serc oraz podstawy tego, kim jesteśmy,

wytwarzamy substancję podobną masy perłowej,

jaką produkują małże.

W naszym przypadku nazywa się to kształtowaniem charakteru,

nabieraniem wdzięku, nabywaniem odwagi i zdolności

do kochania siebie i innych.”

 

Wszystkiego najlepszego, Perły :)

Mam nadzieję, że karma wraca.

Witam. Chciałabym opisac swoja historię z socjopata narcyzem.  Mija dopiero drugi miesiąc od kiedy sie rozstaliśmy. Na poczatku był szok, niedowierzanie, że to w ogóle sie dzieje, że rozpada się rodzina, bo tak niestety tworzylismy rodzinę przez dwa lata. Jest syn. Tata nie dał rady wytrzymać nawet do pierwszych urodzin dziecka. Nie wytrzymał… własciwie ja nie wytrzymałam. Zacznę od poczatku.
Nigdy nie byłam dobra w związkach. Całe życie coś. Wiem, że wszystko to wzięło się z domu rodzinnego, przerobiłam to na terapii i kiedy ją kończyłam napatoczył się on. Potraktowałam to jak zwieńczenie sukcesem mojej walki o siebie u psychoterapeuty. Bardzo się myliłam.
Jego poznalam wiele lat temu, ale w związku z tym, że był młodszy ode mnie (6 lat) i zajęty nigdy nie traktowałam go poważnie. Poza tym oboje bylismy w związkach, właściwe on (oczywiscie ona była psychiczna despotka, wyszło, że robił ją bokami jak nas wszystkie), ja odbijałam się od jednej relacji do drugiej.  Kiedy nasze drogi skrzyżowały się dwa lata temu wychodziłam właśnie z kolejnego pokręconego związku, nie zdążyłam nawet odchorować tamtej relacji, bo on wlazł mi w butach do domu zalewając mnie miłością i obietnicami szczęśliwego życia. Pomyślałam wtedy, że Pan Bóg jednak istnieje i zesłał mi właśnie człowieka, który w końcu pokocha mnie tak jak ja tego pragne i zaopiekuje się mną tak jak zawsze o tym marzyłam. I rzeczywiście pierwsze 6 miesięcy to była bajka. Przyjeżdzał po mnie do pracy z bukietem kwiatów, po dyżurach czekało na mnie śniadanie. Po miesiącu znajomości przedstawił mnie rodzicom, powiedział, że musze mieć świadomośc, że ten związek skończy się slubem, bo WIE juz teraz Wie, że jestem cytuje jego „złotym strzałem”, a wszystkie poprzedniczki to były wariatki i psychopatki. Tym razem mu sie poszczęściło. Poszłam w to. Od razu. Potrzebowałam na gwałtu rety miłości. Nie dało mi do myslenia, że praktycznie od razu wprowadził sie do mojego mieszkania, wskoczył w moje dresy, pozmieniał rozkład szafek, poukładał wszystko na półkach pos swojemu. Tuż przed naszym początkiem dowiedziałam się, że mam mało czasu na założenie rodziny, pół roku terapii hormonalnej, a potem ciąża -  tak powiedziała moja lekarka. I tak się stało. On był zachwycony perspektywą założenia ze mną rodziny. Nie musieliśmy nawet próbować, 4 dni po zakończeniu leczenia zaszłam w ciążę. Nie potrafie powiedzieć jak bardzo byłam szczęśliwa. Miałam 32 lata i małe szanse na dziecko, a tu taki cud. I zaczęło się…
Zupełnie jakby fakt, że zaszłam w ciążę mnie uwięził. Już mnie miał. Na własność. A jednak nie do końca. Nie muszę dodawać, że tak naprawdę trafiło mu się jak slepej kurze. Ja byłam wykształcona, ustawiona, stosunkowo zamożna, z bogatej rodziny, ale emocjonalnie łatwy kąsek. Przeorana emocjonalnie. Niezbyt pewna siebie. To nie tak, że nie czułam, ze cos jest niezbyt dobrze. W ciązy czułam się źle. Niepewnie. On kończył studia, ale nie chodził na zajęcia, musiałam pociagnąć za pewnie sznurki, żeby go nie wywalili. Udało się. Skończył studia, ale nie chciał iśc do pracy. Tłumaczył sie pisaniem magisterki – obronił ją jak nasz syn był już na świecie. Pisanie zajęło mu 8 miesięcy. W tym czasie ja w ciązy, rzygająca dalej niż widze, zamartwijąca się co dalej utrzymywałam cały dom, płaciłam wszytskie rachunki, płaciłam za badania  i za usg, za czynsze, za rozrwyki, za kolacje, za sushi, za jego ciuchy, kosmetyki… ZA WSZYSTKO. Zaczęłam mieć wątpliwości, ale jak tot ak rzucić kolesia będąc z nim w ciązy. Chciał ślubu, ale zapaliła mi się lampka w głowie po pytaniu: gdybyśmy byli małżenswtem i bysmy się rozwodzili a ja nie miałbym pracy to musiałabyś mi płacic alimenty?
Cz Twoje mieszkanie po rozwodzie byłobyw  połowie moje?
Kłótni o pracę mielismy podczas mojej ciązy milion. On nie pójdzie, on chce być swoim własnym szefem, on nie bedzie na etacie, on chce jakąś działalność. Gdyby nie moja ciąża to już dawno byw wyjechał do Warszawy i pracował w agencji eventowej. Taaaaa jasne. Nic nie było jego winą. Wszyscy byli albo głupi albo beznadziejni albo sie nie znali. W końcu wymyslilam. Otworzymy knajpę. Znalazł wspólnika. Stracił go i większośc przyjaciól próbując oszukiwać i naciagać. W końcu znalazł nowych. Nawet mnie o tym nie poinformował. Bo to jego biznes. Jego sprawa. Remont trwał rok. Teraz juz wiem, ze ten „remont” to było picie piwka i ogladanie meczy podczas, gdy mój syn nie dawał mi życ ani w dzien ani w nocy. Byłam jak zombie. W ciązy przytyłam 27 kg. Wygladalam jak potwór. W miedzyczasie miałam zagrozenie poronieniem. Wylądowałam w szpiatlu 600km od domu – nie przyjechał do mnie mimo, że nie pracował, siedział w moim mieszkaniu i szkoda mu było na bilet. Komentarz: niezaleznie od tego co sie stanie przeciez i tak bedziesz musiala wrocic.
No, ale nic narodził sie syn. Byłam wykończona. Kończyły się pieniądze. Knajpa w remoncie. Podjełam na urlopie macierzynbskim trzy kolejne prace. Usłyszalam, ze jestem najbardziej leniwa osoba na swiecie. Powiedział mi to czlowiek, ktory nie dolozyl grosza do dziecka.  Wyjechałam na póltora miesiąca, żeby miał spokój i dokończył remont. Wysłał mi kwotę czynszud o zapłaty – podczas, gdy tylko on tam mieszkał. Postanowiłam, że coś ze soba zrobie. Schudła przez te 1,5 miesiaca 20kg. Wróciłam do domu. Nie powiedział ani słowa przez dwa kolejne dni. W końcu kiedyś wieczorem złośliwie powiedział: coooo? jestes zła, że nic nie powiedziałem? To, że sie zmieściłaś w stary rozmiar nie znaczy, że dobrze w nim wyglądasz. Ciągle czuła sie za brzydka, za głupia, za stara. Nie mówił tego wprost. To była gadka w stylu: no trudno, będe Cie kochał taką jaka jesteś albo wiedziałem co robie biorąc sobie starszą…
Wmawiał mi, ze jestem złą matka. Kiedys podczas podrzucania syna w zabawie przy gosciach upuscil go na ziemie. Powiedział, ze to moja wina, bo go sprowokowalam. Robil ze mnie wariatkę, mowil, ze slowa ktore powiedział nie padły (np zamknij mordę) Kłamal w zywe oczy. Kiedy się wydało płakał przed znajmomymi, że popelnil bład i mu nie wybacze, po czym wracał do domu i mówił ze jestem taka kretynką, ze sobie na to zasłuzylam. Potem kupował bukiet róż i mówił, że daje MI kolejną szansę. Mam się bardziej starać. JA. Po drodze wyladowałam w szpiatlu z ostrym zapaleniem pęcherzyka, ale otwierała się knajpa, wiec musiałam szybko dojsc do siebie. Pomagałam w knajpie jak mogłam. Kiedys zazartowałam, ze otworzy ta knajpe – opłaciłam i wymyslilam wystroj, załatwiłam mnostwo rzeczy i ludzi, ktorzy pomogli przy otwarciu, oddałam połowe mebli do wystroju…gotowałam, myłam kible, wymysłałam wydarzenia, warsztaty, moi znajomi zostawiali tam pieniadze, zeby rozkrecic biznes – i rzuci mnie dla mnie dla jakiejs siksy. O losie tak sie stało. Miesiąc po otwarciu. W grudniu tuz przed sywlestrem wywaliłam gnoja z domu. Dlaczego?
bo nie jestem żadną księzniczką zeby mnie tak traktować
bo jestem stara, gruba i brzydka i nikt mnie nigdy nie pokocha
bo go terroryzowałam półtora roku i nie pozwoliłam się rozwijać (moim kosztem)
bo jestem złą matka i złym człowiekiem
bo poszłam na łatwiznę wybierając sobie medycynę i nie wiem co to ciężka praca
bo zaslugiwałam na okłamywanie dla swojego własnego dobra, bo „dre morde”
bo nie zasłużyłam na jego dobroć
bo jestem zerem i mną pogardza
bo może jak mu się znudzi to do nas wróci za dwa tygodnie
a tak naprawdę…
Od początku grudnia miał romans (pewnie dłużej), ale żeby się nie wydało próbował zrobic ze mnie psychicznie chorą. Zgotował nam najgorsze swięta w życiu. W Wigilie sie nie odzywał. Wisiał na telefonie. Przed świetami zarzynałam się do drugiej w nocy zeby pomóc mu z cateringami a w Wigilie powiedział, zebym se zrobiła barszcz z kartonu. Nie wracał na noc. Powiedział, że zrujnowałam mu świeta, bo w drugi dzien świąt wziełam dyzur, wróciłam do domu a on postanowił iść na cała noc z kochanka „pracować przy imprezie firmowej” Nie bede pisać ile razy się upokorzyłam, ile razy błagałam, zeby wrocil, zeby z nami pobył (nie wiedziałam wtedy o romansie, czułam po prostu, ze ktos jest). W końcu po kolejnym razie – impreza, nie wrócił na noc, poszedł spać, mój syn spadł z kanapy nabił sobie guza podczas gdy ja po prostu chciałam się wysikać. Zwyzywał mnie od kretynek. Bo przecież śpi. Spakowalam gnoja. Powiem tak…każda para majtek jest za moje pieniądze, każada skarpeta, każdy flakon perfum. Wyniósł z mojego domu majątek. Zabrał samochód od mojej matki – na szczęscie juz oddał po wielkiej batalii. Dwa tygodnie nie widział syna. W tym czasie ja wyłam, mały wył…. potem było juz tylko gorzej. Naopowiadal naokolo niestworzonych historii, jak to go terroryzowalam, jak urwał się z piekła, jaka byłam niedobra. I dalej utrzymywał ze nie ma romansu. Nawte jak z nia zamieszkał powiedział mediatorce, ze to kolezanka. Az w koncu kilka dni temu kolezanka ich widziala, postawiony pod ścianą przyznał się. I czyj to wina??? MOJA. MOJA wina, wmówiłam mu ten związek. Ale teraz w końcu jest szczęsliwy. Teraz jest wolny.
Dodam, że odszedł do 20letniej barmanki. Ale nie biednej. On nigdy nie odchodził do biednych. Zamozni rodzice. Mieszkanie ma za darmo, bo jest biednym samotnym ojcem. Żenada. Rzygać mi się chce. Czuje sie wykorzystana, opluta, ale wolna.
Tak czy siak czasami czuję się jak wariatka, którą próbował ze mnie zrobić. Czasami dzwonię do znajomych i rodziców i pytam czy na pewno to nie ja jestem psychiczna. Przecież on jest teraz szczęsliwy. A ja nie. On układa sobie życie. A ja nie.
Dodam, że w sierpniu czyli pół roku przed rozstaniem moja mama dała mi „Moje dwie głowy” – książkę której nie byłam w stanie przeczytać do końca roku. W końcu jak przeczytałam w grudniu miałam wrażenie, że ten czlowiek uczył się z niej na pamięc.
Szczerze mówiąc nie rozumiem jak można być aż tak złym. Mam nadzieję, że karma wraca. Wraca? Powiedzcie, że tak…
Kate

Rozstanie

Czesć. Bylismy z chlopakiem razem prawie 5 lat . Mamy razem syna . To 3 miejsce naszego zamieszkania. Obecnie mieszkamy na stancji. (jeszcze) . Od zawsze w naszym zwiażku były kłotnie napięcia . Rozstalismy sie tylko raz mieszkalimsy u moich rodziców. Zdradził mnie . Wybaczyłam mu . Ale ostatnio kłócilismy sie dośc mocno .  Zaczeło sie od tego ze dowiedział sie ze mam facebooka . zaczął zwierzac sie mojej szwagierce. .(żona mojego brata ) co zaczeło mi przeszkadzac i o to też były straszne awantury . W kłotniach strasznie mnie wyzywał od szmat dziwek kurew , ze puszczam sie z innymi . Twierdził że to było w złości. Raz pojechał na impreze . Olał mnie i syna. zaznaczam że Codziennie pije piwo 4 lub 6 . Wczoraj pojechał do kumpli sie napic . Nie obchodzi go ze nie mamy za co zapłacic za stancje. Rozwalił pieniadze na mieszkanie. Dzis powiedział ze przyjdzie po swoje rzeczy . W głebi duszy wiem ze ten zwiazek jest bez przyszłości , codzienie lub co pare dni jakies akcje kłótnie. wyzywanie . nie odzywanie sie do siebie . Przestał sie o mnie starac , nic zero kompeltnie. jak sobie z tym poradzic. Z tym natłokiem mysli ze moze bedzie dobrze chociaz wiem ze tego nie chcem . Nie wiem sama czy to milosc czy przyzwyczajenie. Co robic ?:(

Sylwia

Co dalej?

witam ,
jestem po rozwodzie z typowym psychofagiem.
Czytam (dopiero teraz niestety wszelkie możliwe informacje w internecie na ten temat), ale nigdzie nie znajduję informacji na temat „co dalej”…. Mamy prawie 5 letniego synka…
Zatem totalne odcięcie się od exa nie jest możliwe… Nie dość, że ex nadal oczernia przed swoimi pracownikami, naszymi wspólnymi znajomymi, to jeszcze godzi we mnie jako matkę…Przy czym manipuluje naszym synkiem (biedne dziecko ma galimatias w glowie czasami, jest straszone przez ojca)…Ja jestem ciągle obsmarowywana (a to w sądzie przy sprawie przydzielenia widzeń ojca z synusiem, a to w sądzie biskupim, gdzie opisał mnie tak, że aż nogi się pode mną ugięły)…
Żyję w ciągłym strachu o siebie i moje dziecko…
CO mam robic?
pozdrawiam
Natalia

Dlaczego z nim jestem?

Postanowiłam do Was napisać, żeby ujrzeć swój problem z innej perspektywy, Wasze opinie będą mi bardzo pomocne.
Jestem w małżeństwie od 9 lat-mamy dwójkę dzieci- 5,5 i 4 latka. Dzieci są dla nas całym światem, ale bardzo je ranimy naszymi bardzo częstymi kłótniami- mąż jest bardzo porywczy, to jak rozżarzony węgiel, na którego kapnie kropla zimnej wody i dymi, jak wpadnie w szał, to potrafi rzucać rzeczami, podduszać mnie, parę razy mocno uderzył. Wszystko jest oczywiście moją winą, bo ,,coś chcę”- on jest bardzo zajętym człowiekiem-oprócz pracy zawodowej ma również swoją działalność gosp.,więc nie ma na nic czasu, praktycznie nie ma go w domu, sama wszystkim się zajmuję-on tylko rano odprowadza dzieci do przedszkola, a jak są chore, to też ja przeważnie idę na zwolnienie( bo ja też pracuję) żeby nie słuchać, ,,mam tyle roboty!!!!” W ferie i wakacje siedzi z maluchami w domu, to jest przeważnie mocno poddenerwowany tym faktem i lepiej jak w tym okresie niczego od niego nie chcę, bo z byle powodu robi ogromną awanturę. Ogólnie uchodzi za super chłopaka-kumpla/przyjaciela do wódki i do roboty-tylko Ci jego kumple nie wiedzą, co się u nas za drzwiami dzieje….Ja jestem raczej osobą ,,samotną” nie mam za wiele koleżanek (choć i tak w ostatnim okresie to się zmieniło :-)) czepiam się też chyba często- przeważnie za nawet nie posprzątane spanie, albo nie pozmywane po śniadaniu(bo on nie miał czasu)- a ja czasem mogę to zrobić dopiero koło 22 jak dzieci śpią, z resztą jak on to mówi- ,,to są twoje obowiązki, a nie moje”, bywam sarkastyczna, ale to przeważnie przez telefon(ostatnio staram się tego nie robić), bo w realu boję się jego.
Ma on jeszcze taką wadę, ze jak jest problem, to w 50% on nie ma czasu gadać, albo tak obraca kota ogonem(PERFEKCJA NA 6+), że to w zasadzie wszystko przeze mnie.
Mamy jeszcze problem z moimi rodzicami, strasznie są pokłóceni z mężem-no on oczywiscie też, przeklina ich, grozi(ale to do mnie), wszystko przez mojego ojca, który chciał trochę wykorzystać męża-potem chciał kasy od niego, w każdym bądź razie on mi o tym opowiadał, ale tak pluł na mojego ojca, że mi się słabo robiło od samego słuchania i właściwie w niczym mu nie pomogłam( parę razy gadałam z ojcem, ale to nie dało rezultatu) no i on sie teraz na mnie mści, że ja to mu NIGDY w niczym nie pomogłam( nie docenia mnie kompletnie, bo była milion różnych innych sytuacji)potrafi mi urządzać godzinne monologi(ja w tym czasie nawet nie mam kiedy się odezwać)przepełnione nienawiścią do mnie i do całej mojej rodziny, przepełnione przekleństwami, agresją i ogromnym napięciem-nie raz naprawdę prawie zemdlałam…
No i MAM ZAKAZ chodzenia tam z dziećmi!!!Na początku się poddałam i nie chodziłam zgodnie z zakazem, parę razy się postawiłam i pojechałam z maluchami, potem znowu nie jeździłam, ale teraz u nich też się sytuacja zmieniła i bardzo chcę znowu tam jeździć, bo mogę tego mocno później żałować…dzieci też chcą.
Mój ojciec jest trochę osobą manipulującą, toksyczną-nie twierdzę, ale mam wrażenie , że mój mąż też się taki staje, bo mi mówi , że wcale nie jestem tam mile widzianym gościem, że tam przeszkadzam-mówi to patrząc mi głęboko w oczy, jak psychopata, ja tylko kiwam głową i myślę w głowie,,a co ty pier….” wiele razy sprowadził mnie na dno i ,,tarzając się” przepraszałam go za swoje zachowanie, biorąc wszystko na siebie, żeby aby wszystko było między nami dobrze, żebyśmy dalej tworzyli ,,szczęśliwą” rodzinę. Raz nawet byłam u psychologa, no cóż-kazał mi go zostawić, podał numer na niebieską linię, parę razy skarżyłam się teściowej, swojej mamie-co było błędem, bo ona potem przestała mi pomagać przy dzieciach przez to, że jak ona np.przyszła do dzieci, to on mógł pójść pracować , a że taki on zły, to nie będzie przychodzić wcale….wiele razy też była taka sytuacja,  ze byłam chora i nie mogłam pójść po dzieci do przedszkola, czy po prostu zająć się nimi w domu, to mamę musiałam prosić o opiekę nad nami, bo mąż nie miał czasu-no i się wkurzyła…a teraz mam zakaz tam chodzenia….
Bardzo szkoda mi dzieci, że zyją w takiej toksycznej rodzinie-mały powtarza brzydkie słowa-kurwa, szmata….mąż nie widzi w tym problemu jakiegoś wielkiego, teraz zbliżają się występy w przedszkolu dla dziadków, a on mi zabrania ich zaprosić, ale to dzieci na tym ucierpią….
Pewnie się zastanawiacie czego z nim jestem????Bo nadal go kocham(O NAIWNOŚCI!!), bo mamy dzieci, które go uwielbiają, choć jak wrzeszczy, to też się go boją, bo mamy wspólne mieszkanie i kredyt, bo jak nie jest na mnie zły, to choć kilka dobrych słów powie, które chyba sa dla mnie jak paliwo na przetrwanie kolejnych kłótni i dlatego, że się po prostu boję-że mnie zniszczy, że będzie walczył o dzieci, że całkiem mnie stoczy na dno(jeszcze głębsze).
Proszę o porady…terapię też mu proponowałam, ale nie ma czasu i ochoty :-)
  
Pozdrawiam.
Olga

Proszę o wsparcie po rozstaniu.

Drogie Panie,
potrzebuję pogadać, potrzebuję porady. Jak  to widzicie, bo nie mogę uporać się z sobą. A moja historia wygląda tak…

Mamy oboje niewiele ponad 40 lat. Ja jedno dziecko, On dwoje. Byliśmy parą od ponad 10, od kilku lat zaręczeni. Mówiliśmy o ślubie, potem zaczęłam się wahać, prosiłam, żeby zakomunikował swoją decyzję dzieciom i chciałam wtedy postanowić patrząc na Ich reakcję. Potem się rozmyło.

Przez te 10 lat byliśmy wg mnie i naszego otoczenia świetną parą, związek pełen miłości i zrozumienia. Wspólne pasje, idealne porozumienie w kwestiach życia, polityki, zdrowia, ulubione te same języki, te same miejsca. Pełna harmonia. Wszyscy uważali nas za ideał. Tak też się czułam. Parę lat temu znaleźliśmy swoje miejsce na ziemi i wybudowaliśmy dom z perspektywą przeprowadzenia się i życia na emeryturze. Wybudowaliśmy dom, budynek gospodarczy, saunę, obsadziliśmy parę tysięcy metrów, włożyłam masę pracy, wysiłku, pomysłów. Chodziłam koło wszystkiego chociaż nie było to moje, tylko jego. W końcu mieliśmy tam mieszkać na emeryturze i w końcu się pobrać. Jestem energiczna, nie mogę usiedzieć na miejscu, naturalne dla mnie było, że poświęcam swój czas i pracę, sprawiało mi to przyjemność. Nie widziałam przez te lata żadnych złych symptomów, pełna zgodność. I tak było, zauważyłabym. Aż do czasu. Przed świetami zaczęłam wyczuwać, że coś się zmienia, że stałam się mu jakaś obojętna. Żyliśmy razem, wszystko niby było ok a ja wyczuwałam jakąś obcość, czasem lekceważenie. Obiad je się razem a nie siedzi w telefonie wysyłając do kogoś maile czy smsy. Maili się również nie wysyła przed spaniem, bo niby do kogo? Więc wymyśliłam sobie, że jest druga kobieta. Jednego razu wybuchłam, poczułam się jak służąca, kiedy podaję do stołu a facet mnie olewa. Ale nie odłożył telefonu tylko z uśmiechem dalej maile wysyłał. Może sobie to wymyśliłam i sama nakręciłam tę spiralę, ale przecież czułam najpierw a potem spirala się nakręciła… Przed samą Wigilią pojechał na cały wieczór na działkę dołożyć do pieca, zostawił mnie z przygotowaniami i brudnym mieszkaniem. Sylwester przeżyliśmy jak zawsze normalnie, znów uspokoiłam moje poczucie wyobcowania, uznałam, że znów jest ok, chociaż wciąz coś w tyle głowy siedziało. Aż tu w 3 Króli będąc na działce, czując potworną obcość i wycofanie partnera zaczęłam drążyć. Jestem emocjonalna i nie umiem żyć w napięciu, zawsze próbuję wyjaśnić wszystko od razu, on jest introwerytkiem. Zaczęłam pytać o co chodzi, czy mnie jeszcze kocha. Na co on w końcu wydusił „Nie wiem czy Cię kocham, nie wyobrażam sobie dalszego wspólnego życia. Jak dzieci będą miały rodziny to ciągle będą napięcia między Wami. I nic się nie zmieni bo nie słuchasz i jesteś najmądrzejsza”. Gdy spyłam czy mnie kocha odrzekł, że nie wie. Spytałam, czy w takim razie się rozstajemy nic nie powiedział tylko spojrzał smutnym wzrokiem z lekkim cierpiętniczym uśmiechem. I zarzut, że nie chciałam jechać na narty bo jadą Jego dzieci. Kurcze, nie chciałam, ale nie przez dzieci, po prostu nie miałam na to ochoty i co zrobię? Czy zawsze muszę chcieć?

Dzieci od początku nie były do mnie ustosunkowane dobrze. Były tarcia. Na początku sie starałam, potem już mniej. Dzieci mnie czasem lekceważyły, On odwracał głowę. Traktowały obco, ja się coraz bardziej zamykałam, nie będę przecież im nadskakiwać, kiedy bez słowa odwracają się na pięcie. Kiedy mówiłam o swoich odczuciach z tym związanych mówił, że nie ma na to wpływu. Kiedy exżona nie dawała nam dzieci mimo, że byliśmy umówieni był wściekły, ale jakoś czułam, że nie chce Jej zanadto krytykować. Było mu przykro, ale znów „nie miał na to wpływu”. Ale ostatnio stosunki się unormowały, chociaż kontakty były ograniczone, wiadomo, mieszkaliśmy oddzielnie z Jego dziećmi. Ale wakacje, ferie, weekendy. Na początku regularnie, potem nie. Dzieci, nastolatkowie /jeden prawie dorosły/, przestali regularnie przyjeżdzać. Moja córka twierdzi, że w tym wieku nie chce się jechać na wieś mając swoich kolegów w mieście, sama zresztą nie jeździła, bo wolała zostawać w mieście. Więc potraktowałam temat dzieci jako zastępczy. Zwłaszcza, że czułam, ze się zaczęliśmy z młodzieżą docierać.

Po wypowiedzeniu bez emocji swojej kwestii o niemożności wspólnego życia nie mogłam zostać w tym domu. Byłam zrozpaczona. Forma rozstania mnie powaliła. Poprosiłam, żeby odwiózł mnie do pociągu, żebym mogła wrócić do domu, w mrozie zresztą. I odwiózł. Znów bez emocji. Dopiero jak w aucie zażądałam przywiezienia mi z działki moich rzeczy i powiedziałam, że w takim razie ma się wyprowadzić z mojego mieszkania, spytał „a to tak drastycznie”? No a jak, pomyślałam sobie. Jak mogłabym mieszkać z facetem, który nie wie czy mnie kocha… Mam koło niego chodzić a on będzie myślał? Poczułam się tak upokorzona tą sytuacją, potraktowana jak przedmiot. Nie chciał się chyba wyprowadzać, może jeszcze nie było mu to na rękę? A może chciał to jeszcze naprawiać? W każdym razie doszło do wyprowadzki. Wszyscy mówili – walcz, ułoży się, byliście taką swietną parą. Prosiłam o rozmowę, ale nie chciał jej przeprowadzić. Potrzebował czasu i uspokojenia emocji, może zraniła go konieczność wyprowadzki? Ale jak mogłam postąpić inaczej, będąc odrzuconą? W międzyczasie wysłałam mu maila z prośbą o szansę, z tłumaczeniem się, z obietnicą, że pójdę na terapię. Ale nie odpisał nawet. Potem sms, że pewnie ma babę i dzieci to wymówka, chciałam, żeby przywiózł resztę moich rzeczy i zabrał pozostałe swoje, ale nie przyjechał. Dopiero dziś wymieniamy się kolejną porcją rzeczy. Łudziłam się, że jeszcze mu na mnie zależy, że zawalczy. Przez te ostatnie trzy tygodnie unikał mnie jak ognia, niestety pracujemy w jednej firmie. Ucieczka? Lekceważenie? Może czekał, aż ja się uspokoję i przestanę pytać o powrót?

W dwa tygodnie przekreślił całe nasze wydawało się szczęśliwe 10-letnie życie. Mówię w dwa tygodnie, bo nie czułam wcześniej złego, które się dzieje w związku, stało się to wg mnie nagle. Ale może było inaczej. Podobno źle wyglądał, trapiła go ta sytuacja. Może jeszcze myślał, czy dać nam szansę? Co zrobiłam źle? Może powinnam nie doprowadzić do wyprowadzki? Może powinnam to jeszcze ratować? Zaangażowali się w rozmowy nasi znajomi, chcieli dobrze, może to go zirytowało? Czuję się winna, chociaż próbuję sobie tłumaczyć, że czemu? Przecież skoro mu coś nie pasowało to czemu mi nie zrobił kiedys tam awantury, czemu nie spytał kiedyś, czy może byśmy poszli na terapię? Czemu teraz nie dał nam szansy i nie zapowiedział, że skoro to moje błędy są powodem, to żebym się wzięła za siebie, bo jak nie to odejdzie? Faktycznie wzięłam całą winę na siebie we własnej głowie. Może jeszcze rozważał powrót do mnie, ale zirytował go mój sms? Napisałam, żeby się nie zachowywał irytująco jak rozkapryszone dziecko i przywiózł moje rzeczy, i skoro jest baba to żeby nie wymyślał sobie wymówki o dzieciach. Nie wytrzymałam, bez sensu, przecież to może nie być baba. Może to go przekonało ostatecznie, że się na pewno nie zmienię? I że jestem zazdrosna i to też się nie zmieni. Ale czasem było mi przykro jak był wesolutki w stosunku do naszych koleżanek, a ja nie czułam się atrakcyjną kobietą dla niego. Może byłam, może sobie to sama wymyśliłam. Nie wiem, ale tak czułam.

Póki co czuję się potwornie zraniona. Nie spałam, nie jadłam, już wracam do normy. Czuję się samotna. Najbardziej puste są weekendy. Nie mam w zasadzie własnych znajomych, większość była wspólna. Biję się z myślami, co by było gdyby.. Gdybym była milsza, gdybym go nie wyprowadziła z mieszkania, gdybym wtedy została na działce… Może coś bym tym naprawiła, bo jak można tak skreślić tak ot tyle lat wspólnego życia?

 

Jak to Panie widzicie?

 

Beata

Fanaberie?

Witam,
nie wiem, czy mój związek można nazwać toksycznym, nie ma w nim przemocy, agresji itd. ale postanowiłam napisać, bo chciałabym poznać opinie osób z zewnątrz. Mamy po 25 lat. Mój partner jest bardzo dziecinny i uzależniony od matki. Nie ma nawet prawa jazdy mimo, że ojciec mu proponował wielokrotnie sfinansowanie kursu. Jest niesamodzielny i podporządkowany matce w 100%. Tzw. wieczny student (dzienny). Wraca do domu przed zmrokiem. Mieszkamy osobno, nigdzie nie wychodzimy razem, nie ma seksu, nie ma obchodzenia ważnych dat – urodzin, imienin etc. Nie ma w nim w ogóle myślenia przyszłościowego. Nie jest zainteresowany zakładaniem rodziny. Nie mamy perspektyw na ślub, na wspólne mieszkanie, na nic. Mówi, że mamy czas, że teraz kobiety grubo po trzydziestce rodzą. Owszem, ale po pierwsze już powinniśmy odkładać pieniądze na wspólne życie, a on ciągle tylko myśli o pierdołach, po drugie, nie chcę czekać na ostatnią chwilę i zostać z niczym, po trzecie, chciałabym mieć dziecko w sile wieku. Moja matka miała mnie przed czterdziestką i mówi mi, że to już nie te siły, jak u młodszej kobiety, a dziecko jest absorbujące. Nie chcę być matko-babcią, jak moja matka, która nigdy nie miała dla mnie dość czasu i sił w przeciwieństwie do energetycznych matek moich koleżanek, dobrze to pamiętam z dzieciństwa… I nie wiem już, czy się rozstać z moim facetem i szukać mężczyzny, który jest zainteresowany zakładaniem rodziny. Próbowałam już setki razy, ale mój facet ciągle mnie przekonuje, że to moje fanaberie itd. I tak tkwię przy nim kompletnie się nie rozwijając, niczym mała dziewczynka. Stoję w miejscu. Boję się zmarnować kolejnych lat mojego życia, które mogłabym poświęcić na poznanie wartościowego mężczyzny i realne przygotowania do założenia rodziny. A kiedy jestem z moim facetem, czuję, że okazje mijają mi przed nosem. Jednak on ciągle mnie przykuwa do siebie, kłócimy się często, lecz po każdej awanturze jest ciągle tak samo, mimo, że otwarcie mu mówię, że go nie kocham, nic nas nie łączy, przez jego inicjatywę dalej jesteśmy ze sobą. Dlaczego w takim razie jesteśmy ciągle razem mimo, że go nie kocham i on też wszystko olewa? Bo ciągle mi wmawia, że to moje fanaberie, że oczekuję za wiele, że on jest świetną partią a inni faceci tylko by mnie wykorzystali, nastawia mnie negatywnie do mężczyzn, osłabia moją wiarę w siebie, że żaden wartościowy mężczyzna by mnie nie chciał, że tylko on jaśnie pan łaskawie się mną zainteresował. I tak już tkwię z nim, bo myślę, że może to faktycznie jedyna szansa na ojca dla mojego przyszłego dziecka, że może jednak się jakoś ogarnie. Boję się, że jeśli go zostawię, to mogę już nie zdążyć poznać faceta na stały związek i dziecko. Boję się konieczności budowania od zera w tym wieku. Ale z drugiej strony siedząc w tym nieperspektywicznym związku, tracę szanse na wartościową relację…
Aha i proszę, by późne matki się nie obrażały za mój opis „matko-babci”, bo to tylko moje subiektywne odczucia, dobrze wiem, że starsze kobiety mogą być z powodzeniem matkami, niektóre się w tym świetnie sprawdzają, mają dużo energii itd. ja jedynie piszę o moich osobistych odczuciach, zresztą jeśli mi się nie uda przed trzydziestką założyć rodziny, to sama dołączę do grona późnych matek… jedynie piszę, że dla mnie to nie jest sytuacja pierwszego wyboru, gdybym tylko miała możliwość założyć rodzinę wcześniej, wolałabym wcześniej, rodzina jest dla mnie priorytetem i czuję się po prostu hamowana w tym zakresie…
Anna

2017!!!

diversites-champagne-couleurs

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO 2017 ROKU !!!!

Życzenia świąteczne

Gold-Christmas-Ornaments-Wallpaper

 

Niech spokój i radość przepełnią Wasze serca w ten świąteczny czas.

Wszystkiego najlepszego!

* * * * * * * * * * * 

Rozterki

Hej jestem Asia, postanowiłam do Was napisać, chociaż nie wiem,czy to dobry pomysł, bo pisanie o tym wszystkim na pewno wywoła we mnie ogromną burzę, przechodząc różne etapy tej cholernej historii.
Mam 19 lat. Pół roku temu się rozstaliśmy. Przeżywałam to niewyobrażalnie, gdyż to była moja pierwsza prawdziwa miłość, niczym obsesja. Tak, to była obsesja. Nie potrafiłam bez niego funkcjonować, stał się całym moim światem, jedynym celem dnia, byłam w stanie zostawić wszystko. I nie oszukując się tak było. Zostawiłam. Przyjaciółkę, całe swoje „poprzednie” życie, i wiem, że mogłam się nawet odwrócić od rodziny, jeśli byłaby taka konieczność. Byliśmy razem od lipca 2015 roku. Poznaliśmy się na domku, i teoretycznie zaczeliśmy być od razu razem. Wiadomo- alkohol zrobił swoje (do tego narkotyki- o czym dowiedziałam się po pół roku, że jego koledzy mi czegoś dosypali) – on nie miał z tym nic wspólnego, ale sam fakt, że od początku związku miał jakąs tajemicę (co poźniej wywołało aferę, gdy w końcu się dowiedziałam.) I teraz z biegiem czasu się zaczynam zastanawiać pół serio, pół żartem, czy to możliwe, że to te narkotyki chyba mi tak zepsuły głowę na jego punkcie ;p
W skrócie – początki były piękne, a moja paranoja przez ten czas zdążyła ogromnie rozkwitnąć, bo był ideałem, był taki jakiego zawsze chciałam, o jakim marzyłam.
Po trzech miesiącach zaczęły się pierwsze kłótnie.Jakieś drobnostki, lub większe rzeczy,które się gromadziły, kulminowały w zawrotnym tępie. Na poćzątku strasznie się hamowałam ze wszystkimi rzeczami, które mi w nim przeszkadzały, nie wiem dlaczego. Nie potrafię tego wyjaśnić. Dusiłam wszystko w sobie, kiedy następne rzeczy mnie dalej dobijały. Zaczęłam się zawodzić, ale silne uczucie do niego mimo wszystko było takie samo. On w pewnej chwili zaczął mnie trochę olewać, znudziły mu się ciągłe spotkania. Wybór wieczoru z kolegami coraz częściej padał z jego strony. A ja w tamtej chwili miałam pełną głowę nieroztrzygniętych spraw, niewyjaśnionych kłótni, po prostu potrzebowałam go najbardziej właśnie wtedy. W pewnej chwili nie potrafiłam mu wyjaśnić czemu jestem smuta, czemu źle się czuję. On chciał, żeby było dobrze, chciał jakoś wszystko naprawić, ale ja miałam tak namącone w głowie,że sama nie wiedziałam, co jest nie tak. Sama sobie nie potrafiłam odpowiedzieć, czemu jestem smutna. Moje zycie wyglądało tak, że co bym nie robiła, z kim bym nie była- myslalam o nim i o tym zwiazku, rozkminiałam jego i siebie i probowałam poukladac sobie w glowie, jakos ustać na nogi, ale niestety było coraz gorzej. Zimę jakoś przetrwaliśmy, ale to wszystko kręciło się wokól jednego schematu. Jeden dzień dobrze, trzy dni kłótni. Ciągłe esemesy, tłumaczenie,wyjaśnianie. Kłótnie z reguły były o jaranie, o jakieś niedogadanie, o brak czasu i zainteresowania mną. W święta nawet mnie nie odwiedził, bawił się z kumplami ;) za co pozniej mnie na kolanach przepraszal (tak,wszystko trzeba bylo mu palcem pokazac i młotkiem natłuc do głowy,żeby zrozumiał co zrobił nie tak).
Rozstalismy sie w maju, w dzien mojej ostatniej matury. Swoją drogą- nawet w tym czasie mieliśmy mega kłótnie,nawet wtedy nie potrafił zrozumieć, że powinien odłożyć swój gniew i nerwy na bok i mnie wesprzeć. Więc już było za dużo tego. Ja odeszłam. A on? Nie walczył, nie pisał. Pozwolił.
Z tego co wiem, to bardzo to przezywał, bo byłam też taką pierwszą jego prawdziwą miłością. Wiem, że mnie kochał, że chciał ze mną wiązać przyszłośc. Ale jednym z negatywnych czynników był jego honor. Tak. Mimo wrażliwości, czułości i dobrego serca, z drugiej strony potrafił być chamem (co najbardziej bolalo,że osoba ktora tak bardzo sie kocha, potrafi byc takim jebanym chamem) do tego egoistą- zawsze trzeba było mu uświadomić, że jednak ja też mam jakieś uczucia, że moje zachowanie wyniklo z jego złości ect.. Kłóciliśmy się, bo w momencie jakiejś awantury żadne z nas nie potrafio powiedzieć stop i odpuścić. Nie potrafiliśmy rozmawiać, jak było dobrze to było dobrze i tyle.
Po rozstaniu od razu się wyprowadziłam, dwa miesiące pracowałam od rana do wieczora,pozawałam ludzi, jakoś się odcinałam. Będąc w pracy o niczym nie myślałam. Poranki były gorsze, tak samo jak wieczory, kiedy miałam takie zderzenie z rzeczywistością. Obsesja dawała o sobie znać, przeszukiwanie fejsbuka czy innych stron, żeby w jakiś sposób dowiedzieć się co robi, gdzie jest. Niedługo po tym, dowiedizałam się,że spotyka się z jakąś dziewczyną. A w sumie to już dwa tygodnie po rozstaniu gdzieś razem byli.
Poprosiłam o spotkanie. (Za każdym razem po rozstaniu, kiedy mielismy kontakt- to bylo z mojej inicjatywy)
Nie przyznal sie, ze sie z nia spotyka, byl dziwny, zimny, cichy, mine mial pogardliwą. Bardzo to przezyłam. W sierpniu wyjechalam do Niemiec do pracy. Tam bylam sama, wiec myslami rowniez wracalam, rozmyslalam, tesknilam,wymyslalam scenariusze.
Ale we wrzesniu juz ustałam na własne nogi. Zmieniłam się, diametralnie. Zylam pelnia zycia, cieszylam sie ze wszystkigo, dosłownie!! Miałam tyle energii-spokojna glowe, Rodzina i znajomi mnie nie poznawali. Bylam dusza towarzystwa, zawsze chetna na kazdy pomysl, gotowa do dzialania i zarazalam pozytywizmem wszystkich wokoło. Zaczelam studia, gdzie poznalam wspanialych ludzi. W miedzy czasie spotykalam sie z roznymi chlopakami, z jednym przez chwile bylo cos wiecej, ale szybko sie skonczylo, nic konkretnego.
Do czasu kiedy  mi nie odwalilo! Napisalam do niego. Miesiac temu doslownie
Nie mialam zadnego celu. Chcialam sie dowiedziec co słychać. (Wiedzialam ze jest z ta dziewczyną). A on? Ucieszył się przeraźliwie, pisalismy ze soba chyba calymi dniami, i on zaczał pisać jednoznaczne teksty. „Nawet nie wiesz, ile razy chcialem sie do Ciebie odezwac, ile razy myslalem ze Cie spotkam, ile razy o ty myslalem a w sumie to wyliczylby dni, w ktorych nie myslalem” i takie inne, po ktorych mialam dreszcze.. az w koncu do mnie przyjechal. (Byl lekko pijany). Gadalo nam sie świetnie, a ja nie wierzylam,ze znow jest obok! No i oczywiscie musialo to sie stac, pocalowalismy sie. I padlo z jego ust wiele roznych zdan „Bez kitu, to prawda,ze kocha sie tylko raz” „jak ja tesknilem za Twoim zapachem” „Czuje sie jak w snie, ze lezysz obok mnie. Nadal w to nie wierze” „Ale ty mnie uspokajasz”i miliony innych.
Z racji, ze jest pozna godzina to juz tu napisze w skrócie:
To wygladalo tak,ze przez miesiac mielismy kontakt, a on prowadzil podwójne życie. Ja wiedzialam o tym, tylko, że myslalam ze predzej czy pozniej cos z tym zrobi. Wierzylam, ze teraz sie uda, ze bedzie inaczej, ze jestem gotowa, zeby wybaczyc mu wszystko co bylo i związac sie a nowo ze swoimi zasadami, juz bez toksycznosci, bez swojej obsesji. Nie chcialam na niego naciskac, mowilam,ze musi sobie jakos poukladac w glowie, mowilam, ze jesli cos by teraz miedzy nami mialo dalej byc, to ze powinnismy zaczac od przyjazni, on sie zgodzil. Ale powoli to sie zaczelo robic uporczywe. Powoli moja psychika zaczynala wracac do poprzedniego stanu. On sie z nia spotykal, ona o niczym nie wiedziala. Mi ciagle mowil ze ma okropy metlik w glowie. Mowil mi ze boi sie, ze miedzy nami znow bedzie tak samo, że nie moze sie pogodzic z faktem, ze sie z kims spotykalam przez ten czas (co jest chore, bo sam od razu wszedl w inny zwiazek)
W koncu mi powiedzial,ze ona tez mu nie jest obojetna. Że mimo wszystko jest z nią szczęśliwy, że ona bardzo go kocha.
Ale zrobil sobie z nia przerwę, – praktycznie od razu, kiedy się do niego odezwałam i nawet mówiło tym kolegom- stąd to wiem, a on rzadko komuś się żali i mowi o swoich prywatnych sprawach. Ale spotykali sie i tak, klocili i tak dalej. W końcu rozstali- on ja zostawił. Nastepnego dnia ona sie dowiedziala o wszystkim, kiedy sie spotkali to go uderzyla i nawyzywała. A on zadzwonil mi to powiedzieć szczesliwy „w sumie to spłyneło to po mnie”. Ale co z tego, jak za dwie godziny juz mu sie zmienilo w glowie i rozmawiajac z nim przez 3 godziny uslyszalam od niego, ze jak ja zobaczyl, to aż coś w nim się zatrzęsło, ze nie wie co ma robic. Na pytanie, czy chce o nią walczyć nic nie odpowiedział. Zadal mi nawet pytanie, czy ja jestem w stanie zapomnieć! Że on chyba z żadną z nas teraz nie potrafiłby byc po tym wszystkim. Że potrzebuje chyba teraz mojej przyjaźni. Rozmowę zakoczylismy w normalnym stylu, ale wieczorem juz zadnego sms. Nic, zero, pustka. Do tej pory.
To jak sie czuję to chyba oczywiste. Szkoda sensu o tym pisać. Nie wiem co mam teraz zrobić, czy sie odezwac,zapytac,czy jebać. Jakos to przetrwac. Zastanawia mnie czy maja kontakt, czy chce do niej wrocic, czy ani ze mną ani z nią go nie utrzymuje. Miliony rzeczy mnie ciekawi, jednocześnie niszczy. Nie mogę się skupić. Nie mogę jeść. Nie mogę uczyć.

- Mimo wszystko i tak historia w wielkim skrócie
Pozdrawiam
i przepraszam za błędy i źle konstruowane zdania

Po uszy zakochana

WItam, pozwole sobie przytoczyć swoją historię. Mam 22 lata, w lipcu od pijackiej imprezy rozpoczął się mój romans z 27 letnik żonatym mężczyzną. Rano kopletnie tego nie pamiętałam jednak przez kolejne 3 miesiące to się ciągnęlo.. śmiałam się jeśli mówił że chyba się zakochujemy w sobie. Po tych 3 mieisącach jego żona znalazła wiaodmości. Zrobiła awanture, On jje nawet powiedział że mnie kocha ale z rozsądku  znia zostanie bo sa 5 lat małżeństwem, wiele spraw ich łączy i rownież ma dość publiczne zycie, co wpłyneloby na niekorzyść. Co pare dni dzownił pytac jka ja się cuzje, nigdy nie kazałam mu zostawic zony, wiedziałam w co sie wepchnełam ale zrozumiałam wtedy że jestem po uszy zakochana. Wiem wiem, krótki okres czasu, ale jka na złość człowiek się zakochał naprawdę. W końcu pryzjechał do pracy, znowu wznowilismy kontakt. Jednak powiedziałam żbey w końcu wybrał bo tak nie może być. On jest pogubiony. Mówi ciągle że nie wie co ma robic. Widze ż emnie kocha, dzowni, ma łzy w oczach. Mówi ż enie chce nikogo skrzywdzić.
Czy to ja jestem idiotka że z żonatym mężczyzną ? Nie chciałam ich rozdzielac a teraz myśle że tak sie boje jego wyboru, jest zbyt odpowiedzialny żeby ja zostawić.. Nie wiem cyz sobie z tym poradze. Mam pierwsze objawy depresji, od 2 miesiecy nie przespałam żadnej nocy, ciągl epłacze jak o nim pomyśle. w pracy wygglądam jak zombie… Barddzo prosze o pomoc. Przepraszam za literówki ale jestem ciągle roztrzęsiona.. Pozdrawiam
Moni

Pomóżcie wytrwać

Moja historia, historia mojej naiwnej głupoty, 38 lat, dwie córki, 3 lata temu po kilkunastu latach małżeństwa, postanowiłam rozstać się definitywnie z „piotrusiem panem” z inklinacją do alkoholu i totalnego nic-nieróbstwa. Jakieś trzy miesiące po tej decyzji poznałam Damiana, przez internet. Trochę miłego pisania, robiło się coraz cieplej między nami, po trzech miesiącach spotkaliśmy się( odległość miedzy nami 430 km) i tak się zaczęło, Damian był wspaniały nosił mnie na rękach, prosto do nieba. Dużo obietnic, wyznań (aż za dużo) po pół roku zamieszkaliśmy razem i wówczas okazało się, że Damian, zapomniał skończyć pisać z innymi paniami na różnych „internetach”, była awantura, rozstanie, ostatecznie przebaczyłam, (głupota totalna), druga szansa i jeszcze jedna wpadka mała z jego strony, niby niewinna ale… Stałam się po tym bardzo zaborcza i zazdrosna, doszukiwałam się wszędzie dowodów jego niewierności „literackiej”, chyba przestał. Jednak w między czasie okazało się, że mój Damianek poza tym, że potrafi być bardzo kochający, cudowny czuły, lubi sobie też pokrzyczeć, po obrażać mnie i milczeć całymi dniami, wieczna huśtawka, był najwspanialszym facetem jakiego znam i najgorszym jednocześnie. Rozstawaliśmy się wielokrotnie, głównie z mojej inicjatywy, dwa dni temu podjęłam kolejna próbę wydostania się z tego toksycznego związku, chciałabym pozostać nieczuła na jego błagania, prośby i obietnice zmian, które nie nadchodzą lub są niezbyt duże, pomóżcie wytrwać.

Pozdrawiam
Joanna

Jak ruszyć z miejsca.

KROK 1. Zacznij od zmiany myślenia o swojej obecnej sytuacji. Zauważ, że problem jest przeszkodą na drodze ku czemuś odleglejszemu. Wyjdź w przyszłość, poza samą trudność, i sprawdź, co się zmieni, gdy już sobie z nią poradzisz lub w inny sposób przestanie być to dla Ciebie problem.

 

KROK 2. Stwórz wyrazistą i przyciągającą uwagę wizję celu. Opisz ją pozytywnie jako początek czegoś, a  nie koniec problemu. Pracuj nad swoją wizją dotąd, aż  będzie  przypominać  barwny  i dynamiczny  film, w  którym grasz główną rolę. Opisuj to, czego pragniesz, w sposób konkretny i szczegółowy. Pamiętaj, że gdy w Twoim życiu zmieni się jedna rzecz, pociągnie ona za sobą szereg innych zmian. Uwzględnij je w  swoim wyobrażeniu. W opisie celu zwróć uwagę nie tylko na swoje myśli i przeżycia, ale też zachowania (co będziesz inaczej robić).

 

KROK 3. Przybliż swoją wizję celu w czasie i przełóż ją na małe, konkretne zmiany. Określ dokładnie, po czym poznajesz, że jest lepiej. Co już dziś lub w niedalekiej przyszłości będzie dla Ciebie małym sygnałem pozytywnej zmiany.

 

KROK 4. Odkryj wszystkie zasoby, które mogą być przydatne w realizacji tego, czego pragniesz. Sprawdź, co takiego działa, że możliwe są wyjątkowe sytuacje, w  których problem się nie ujawnia lub jest mniejszy. Jakie inne ważne sprawy są w Twoim życiu poza aktualnym problemem, z którymi radzisz sobie dobrze i  w  jakich sferach życia odnosisz sukcesy. Sprawdź, jak możesz wykorzystać swoje zasoby z innych obszarów i sytuacji do realizacji obranego celu.

 

KROK 5. Określ, w jakim miejscu jesteś w tym momencie — co z tego, czego pragniesz, choć w małym stopniu jest już obecne w Twoim życiu. Zastanów się, co możesz zrobić, aby na drodze do celu przesunąć się o mały krok do przodu.

 

KROK 6. Nastaw się na wysiłek i działanie. Samo myślenie i planowanie nie wystarcza do tego, aby coś się zmieniło. Żeby cokolwiek mogło w Twoim życiu wyglądać inaczej niż teraz, musisz zacząć robić coś inaczej niż do tej pory. Jeśli będziesz cały czas robić to samo, będziesz mieć też ciągle takie same efekty. Gdy rezygnujesz z aktywności, rezygnujesz też z wpływu na rzeczywistość. Tym samym zmniejszysz szanse, że będzie ona wyglądała tak, jak tego pragniesz.

 

KROK 7. Podejmij decyzję i zacznij eksperymentować. Weź odpowiedzialność za swoją zmianę i zdecyduj się zaangażować całą swoją osobą w dążenie do celu. Potraktuj to, co planujesz zrobić, jak eksperyment, który ma pokazać, jakie działanie jest skuteczne. Jeśli coś nie daje dobrych efektów, uznaj to za informację o działaniu, a nie za porażkę i powód do złego myślenia o sobie.

 

KROK 8. Zmniejsz skalę swoich oczekiwań i dostrzegaj  drobne  sukcesy.  Sprawdź,  jaką  miarą  mierzysz sukces. Przyjmij siebie i swoje możliwości za właściwy obiekt do porównań — każda Twoja aktywność, która przynosi pozytywną zmianę, jest godna uznania i    możesz ją potraktować jako swój sukces. Doceniaj się za każde małe zwycięstwo.

 

KROK 9. Podejmuj świadome decyzje w chwilach zwątpienia i rezygnacji. Kiedy odechciewa Ci się zmiany i  rezygnujesz z realizacji celu, nie walcz ze sobą, tylko analizuj, co się dzieje. Rozważnie podejmuj decyzje, co dalej. W sytuacji kiedy uznasz, że warto się zmobilizować mimo zniechęcenia, wzmacniaj i aktualizuj swoją wizję celu, pozwól sobie na odpoczynek i zwracaj większą uwagę na małe sukcesy. Kiedy uznasz, że nie warto „ciągnąć tego dalej”, daj sobie prawo do rezygnacji. Szczególnie przemyśl swoje cele, gdy dotyczą one zmiany innych osób lub Ciebie, ale nie są Twoim pomysłem, a także gdy nie pasują do reszty Twojego życia.

Ten program, choć ma zamkniętą formę, nigdy się nie kończy, ponieważ Twój rozwój również nie ma końca. Zawsze będziesz „w drodze” pomiędzy dzisiaj, a  przyszłością, jakiej pragniesz. Dlatego też propozycja ta może być programem na całe życie.

 

Elżbieta Kalinowska – „Jak ruszyć z miejsca. Odkryj sposób wyjścia z labiryntu niekończących się problemów.”

 

Pocieszanka

Czesc dziewczyny :)
Trafilam na Wasze forum przez przypadek i jestem mile zaskoczona tym jak sie wpieracie. Pisze z obczyzny i ta namiastka ‚wsrod swoich’ otulila mnie jak cieply kocyk :)
Mam 28 lat i duzo za mna rozczarowan i pare pozegnanych facetow. Teraz jestem na etapie ‚chowania’ swojej wielkiej milosci. Jestem silna i rzadko pozwalam sobie na chwile slabosci, ale momentami wyje z bolu na podlodze i mam ochote zakopac sie w popiele i tak przeczekac zalobe.. Lecz niestety nie moge. Zawsze wstaje i ocieram swoje lzy szybciutko, bo obraz przed moimi oczami nie pozwala mi na zal i narzekanie.
Drogie dziewczyny, pracuje w domu starosci, ktory jest jednoczenie hospicjum. Nie chce na Was zrzucac ciezaru jaki naklada na mnie ta praca. Chce Wam tylko powiedziec jak ja sobie radze z problemami dzieki tej pracy, a dokladniej jak zmiana nastawienia/ inna perspektywa daje mi sile do walki.
Kochane, codziennie patrze na cierpienie ludzi i na ich ostatnie chwile. Patrze na beznadzieje i bol, gdy nie ma przy nich nikogo. Patrze na niesprawiedliwosc i niekiedy na brak serca bliskich, czy personelu. To wszystko sprawia, ze nabieram dystansu do swoich problemow (Naprawde Patrycja? Chcesz sobie wmowic, ze zerwanie z chlopakiem jest tak samo straszne jak diagnoza: Rak?)
Poznalam kiedys kobiete, ktora miala raka, ze tak powiem- wszystkiego. Byla mloda (50lat) i od ponad 20 lat chorowala na stwardnienie rozsiane. Ta straszna choroba odebrala jej mlodosc i meza (no bo mezczyzni maja swoje potrzeby-tak to tlumaczyl). Ostatnie lata swojego zycia spedzila w lozku, a jedyna czynnosc jaka mogla wykonac, to poruszenie lewym kciukiem. Po kazdym spotkaniu z ta Pania nabieralam coraz wiekszej pokory i wdziecznosci za to co mam. Mam niesamowity dar, ktorym jest zycie. Mam zdrowe cialo, moge codziennie wstac z lozka i moge chodzic do utraty sil.
Wiecie ile osob wyje z rozpaczy i marzy o tym zeby miec moje zdrowie? I moje klopoty?
W taki wlasnie sposob moje problemy maleja do wielkosci pigulki(no pewnie, ze jest gorzka), ktora biore w lapke i polykam.
Jesli chcecie podziele sie z Wami moim sposobem na ‚pogrzeb’. Pisze list do mezczyzny z ktorym sie rozstalam. Pisze w nim wszystko, co chce temu panu powiedziec.. Wszystkie moje uczucia, caly gniew, slowa milosci i rozczarnowania sa zawarte na jednej, czy dwoch stronach. Na samym koncu dopisuje, ze zycze mu szczescia i znalezienia osoby, ktora pokocha i ktora da mu szczescie.
Ide na balkon i podpalam list. Z kazda sekunda czuje jak moja dusza sie oczyszcza. Zal odplywa a w jego miejsce wstepuje spokoj.
Wcale nie mowie, ze jest latwo. Jest okropnie ciezko. I ciezko pogodzic sie z mysla, ze kazdy ma wolna wole. On mnie juz nie chce i pomimo tego, ze ja go tak bardzo kocham- musze mu dac odejsc. To jego wybor, jego zycie, jego przyszlosc. Nikt nas nie moze zmusic do milosci.
A na koniec taka moja mala ‚pocieszanka’. Mowi sie to w kontekscie zwiazkow i ich chwiejnosci, ale ja to przeksztalcilam na cele leczenia. Mojego oczywiscie, ale moze komus to poprawi humor, wiec sie dziele :)
”Na swiecie jest ponad 7 miliardow ludzi. Nawet jesli jestes w szczesliwym zwiazku- oboje sie kochacie itd, to zawsze znajdzie sie ktos kogo moglbys kochac bardziej!”.

Path

 

Wymówki

Najbardziej zmotywowany człowiek to ktoś, kto bardzo potrzebuje toalety. Żadna przeszkoda nie jest w stanie go powstrzymać przed osiągnięciem celu.

Czy kiedyś słyszałaś następujące wymówki:

Zsikałam się, ponieważ:
- nie miałam czasu, żeby pójść do toalety
- byłam zbyt zmęczona
- straciłam nadzieję, nie wierzyłam, że zdążę
- oni mnie ciągle wyprzedzają, bo mają dłuższe nogi
- jestem za głupia, aby skorzystać z toalety
- to już ósmy raz; jakoś nigdy nie mogę zdążyć
- to nie dla mnie
- zapukałam do toalety, ale nikt mi nie otworzył
- zabrakło mi motywacji
- miałam doła
- nie stać mnie na chodzenie do toalety
- postanowiłam, że pójdę jutro
- czekałam, aż rząd się zmieni
- wysikam się od poniedziałku

 

Znalezione w sieci

Nie potrafię uciec…

Drodzy czytelnicy,

Mija niemal rok odkąd opisywałam swoje rozterki.


http://uciekamydoprzodu.blog.pl/2015/12/07/w-ktora-strone-pojsc/

Wiele się zmieniło, w zasadzie rok 2016 jest najgorszym dla mnie chyba w całym moim życiu… Moja kochana babcia odeszła w lutym… Co więcej rozstałam się ze swoim chłopakiem… a kontakt z TYM drugim muszę mieć nadal… ale od początku…

Po wysłaniu mojej wiadomości do Was nastał najgorszy czas dla mnie. Zawsze we Wigilię zastanawiałam się kiedy będzie ta ostatnia, tym razem to przeczuwałam. Babcia była słaba. We Święta wyszliśmy z Moim i ze znajomymi na miasto. On zadowolony, że to ja jestem „samcem alfa” w tym związku, ekspert w sprawach łóżkowych, pokazywał że wszystko jest cudownie. Kurwa mać nie wytrzymałam – moje granice wytrzymałości już puściły i śmiałam się z niego, obrażałam go, olewałam i nawet przyznałam że się nie bzykamy. Po powrocie do domu babcia leżała na ziemi – przewróciła się i tak biedna czekała na powrót. Pomógł mi ją podnieść i zanieść do łóżka, po czym rano zniknął. Został tylko podkoszulek, w którym zawsze u mnie spał. Pomyślałam, pewnie pojechał do domu na śniadanie, odezwie się później. I tak w ciągu dnia wykonałam ze 30 połączeń i smsów. Zero reakcji. Były Święta, babcia leżała pół przytomna. Cały wieczór przepłakałam pijąc wino… L Autobusy jeździły rzadko ale zostawiłam babcię i po kościele pojechałam do niego. Myślałam, że jest mu przykro, że się załamał, nie wiedziałam o co tak naprawdę poszło. Wyszedł do mnie tak wkurwiony że niemal nie rozbiliśmy się autem. Już wtedy żałowałam, że się tam pojawiłam. Ale mimo wszystko były Święta… Rozmowa nie była przyjemna, obraził się że tak powiedziałam o tym seksie, wiem że to czuły punkt ale mógł nie wywyższać się jaki on to nie jest zajebisty. Nazwał nawet babcie „starą kurwą”- w życiu mu tego nie wybaczę! Szkoda że byliśmy daleko od domu bo bym wyszła z samochodu… Ogólnie próbowałam wytłumaczyć, że ciężko to wszystko widzę, mówiłam czego oczekuję, co nam się nie układa, pytałam czy mamy jakiś plan na życie? Zasugerowałam, że może jakaś przerwa… (Nawet ksiądz na spowiedzi mi to zaproponował, sam powiedział że ciężka sprawa z tymi uczuciami gdy powiedziałam mu o zdradzie z moim „kolegą”). Zaraz po Świętach zadzwoniłam po pogotowie, babcia psychicznie odlatywała… diagnoza: złamana kość udowa. NIE! NIEEEE! LPowtórka z rozrywki, operacja, morfina rehabilitacja, wszystko stanęło mi przed oczami jak by przewinąć starą taśmę z kasety… Płakałam całą noc, wiedziałam że babcia tego nie przeżyje… Mój był przy mnie ale na chłodno to wszystko przyjmował. W Sylwestra wzięłam wolne, musiałam zawieźć wszystkie rzeczy potrzebne do operacji i porozmawiać z ordynatorem. 31 grudnia był dla mnie gorszy niż sam pogrzeb… Zastałam babcię przywiązaną do łóżka, w samym pampersie, majaczącą, bez żadnej kroplówki… Nasza polska służba zdrowia. Łzy stanęły mi w oczach. Na dodatek ordynator powiedział, że kość nie jest złamana i wypisują babcię do domu!!! Nie wierzyłam co słyszę! W takim stanie do domu? W pół przytomną? Nie wiedziałam co się dzieje… Mój był w pracy, dzwoniłam do mamy, do znajomych co mam robić, biegłam do ordynatora kardiologii u którego babcia wiele lat się leczyła, błagałam, żeby ja przyjął na oddział – co ja zrobię sama przez kolejny weekend… nawet kolega z pracy pomagał bo jego matka jest tam pielęgniarką i zna wszystkich, nic z tego. W między czasie dał znać o ośrodku opiekuńczym w moim mieście, akurat mieli jedno miejsce… Tak więc biedną babcię przywieźli mi do domu a wieczorem zabrali do ośrodka. Co za poniewierka… Nie miałam innego wyjścia, potrzebowała fachowej opieki. Mama deklarowała że przyjedzie za 5 dni, ale co by mi to dało, musiałam iść do pracy a poza tym bałam się że będzie piła i tyle z niej pożytku… W Sylwestra zjadłam coś dopiero o 22 i wypiłam 2 drinki po których o mało się nie przewróciłam. Przeszła mi przez głowę myśl także o NIM – że obchodzi kolejną rocznicę ślubu… ale to było teraz nieważne. Brzuch bolał mnie przez tydzień – jak do tego doszłam z nerwów bo nigdy tak nie miałam… Po czasie doszło do mnie, że nafaszerowali babcię jakimiś lekami uspokajającymi i dlatego majaczyła, nie wiedziała co się z nią dzieje, przeczuwałam najgorsze, które dopiero miało nadejść.

Równocześnie zdecydowałam o przerwie w związku po tym jak mój chłopak doprowadzał mnie do szału swoją obecnością. Nie wiem co mi się stało, może te wszystkie rzeczy sprawiły że teraz albo nigdy, wiedziałam, że będzie ciężko ale musiałam coś z tym zrobić, powiedział że będzie czekał… porwałam się bardzo z tym zamiarem bo było mi bardzo źle… na dodatek w pracy miałam sajgon bo to koniec roku itp., wychodziłam o 18-19, jechałam do ośrodka , wracałam późno i tak cały tydzień. Z babcią było różnie, trwało to miesiąc, do momentu kiedy zadzwonili do mnie, że zabrało ją pogotowie, dostała zapaści cukrzycowej L Po raz kolejny sama w szpitalu o godz. 23 roztrzęsiona zadzwoniłam po Mojego. Przyjechał… nie miałam do kogo zadzwonić… Potrzebowałam go. Kolejne dni była nieprzytomna, bałam się iść do pracy, że nie zdążę się z nią pożegnać… w końcu przyjechała matka… babcia leżała na progu śmierci a ona piła… pijana szła do szpitala, pijana urządzała mi awantury. To było ponad moje siły. Za dużo już tego wszystkiego. Mój to wszystko widział…

Babcia zmarła w Walentynki, jakby tego było mało akurat taki dzień sobie wybrała! Jakiś znak dla mnie?… Na pogrzeb przyjechał także ON. A przy mnie był mój chłopak, co za paranoja… Wiedziałam, że w tym momencie moje życie zmienia się o 180 stopni. Ale nie myślałam, że aż tak… Matka siedziała w PL jeszcze 3 miesiące i modliłam się żeby już wracała – z jednej strony potrzebowałam jej, ale z drugiej wykańczała mnie psychicznie awanturami o pieniądze po babci, mieszkanie itp… alkohol non stop… Utrzymywałam ją przez ten czas. W tym czasie sytuacja z moim chłopakiem była dość dziwna, próbowałam rozmawiać o tym wszystkim, o przerwie, coś wisiało w powietrzu, nie chciałam po tym wszystkim wychodzić do znajomych, czekałam, aż sytuacja w domu się unormuje. Może nie myślałam logicznie, chciałam przetrwać te awantury. Myślałam, że może teraz się coś poprawi, że zamieszkamy razem… I potrzebowałam go, tak bardzo właśnie teraz. I stało się najgorsze… Pewnego dnia zostawił u mnie telefon, wiele się nie zastanawiając sięgnęłam po niego i otworzyłam smsy. To co przeczytałam wprawiło mnie w osłupienie. Nie spodziewałam się że coś tam znajdę, raczej ciekawość mnie tam zaprowadziła. Mimo wszystko miałam do niego zaufanie – może sama wiedząc jak bardzo je nadszarpuję.  „Miałem zieloną noc z jej matką, spałem 3 godziny”. Cooo?? Wiadomość do jego siostry – jakim prawem pisze coś takiego? Owszem była akcja kiedy matka ledwo trzymała się na nogach a on przyjechał do mnie w nocy bo już nie dawałam rady… Ale takie coś? Jaka zielona noc? I dlaczego opowiada o tym swojej rodzinie? Dla mnie to był znak, że musieli już wcześniej o tym wiedzieć. Biedny spał 3 godziny? A co ja mam powiedzieć skoro to się powtarza cały czas? To się przekonał jeden raz i już się żali… Nie mogłam w to uwierzyć, cios prosto w plecy, z najważniejszych dla mnie problemów urządził sobie kpiny… L Nie przyznałam się że przeczytałam, nerwowo pisał do mnie przez internet, że ma dość, że ja niczego nie chcę naprawiać… że nie powie mi co myśli bo mogłabym tego nie znieść… super! Na następny tydzień chciał mnie zabrać na grilla do siostry, zapytałam co w ogóle im mówił o naszej sytuacji bo nie było mnie tam kilka miesięcy i źle się będę czuła idąc tam. Odpowiedział że nic… Powiedziałam o smsach, zapytałam co to miało być? Zarzucił mi brak zaufania i wyszedł. Nie odzywał się 2 tygodnie, ja chciałam to wyjaśnić, dowiedzieć się dlaczego tak postąpił. Zbliżał się wyjazd mamy z powrotem, nie wiedziała co się między nami dzieje. W końcu zadzwoniłam do niego do pracy bo nie odbierał… Powiedział że się odezwie, czekałam kolejne dwa tygodnie… W czasie kiedy on pojechał sobie na wycieczkę, ja płakałam cały weekend po wyjeździe matki. Niby ulga, bo to co przeżyłam przez nią zszargało mi nerwy L – tyle nieprzespanych nocy, łez i obaw o to czy nie zrobię jej krzywdy w tej bezradności. Nie docierały do niej słowa, prośby, groźby, krzyki, szarpaniny… Co alkohol robi z człowiekiem. Czasem myślę, że jej nienawidzę! Nie potrafi się opanować i logicznie myśleć. Czułam taki cholerny ból i pustkę, puste mieszkanie, budzisz się i chce Ci się ryczeć, nie ma nikogo, zostałaś sama, ból nie do opisania… Jego nie ma, w takim momencie go nie ma… Gdy się nie odzywał sprawdziłam swoje konto jak zazwyczaj i kolejny szok, przelew pieniędzy które mu pożyczyłam z jakimiś cholernymi potrąceniami m.in. za 2 worki ziemniaków! Haha! Moja pieprzona kasa ciężko zarobiona i oszczędzona i co? Dostaję wyliczone minus jakieś pierdoły po 2 latach! A gdzie był kiedy musiałam w Sylwestra wybrać 1000 zł z konta i zapłacić połowę za ośrodek? Na matkę nie mogłam liczyć… W końcu dochodzi do spotkania… 3 godziny rozmowy, najpierw go zjebałam a później ryczałam… Przyjechał odpicowany w nowych ciuchach o które tyle razy prosiłam, żeby sobie kupił. Zrobił to z premedytacją… Nastawiony że to już koniec nie mogłam wierzyć w to co słyszę… Niby tego chciałam, ale było mi żal, jeszcze bardziej teraz po śmierci babci. Powiedział, że zawiódł się na mnie, że nie może mi dać tego o czym marzę… że go to wszystko przerosło, że chodzi mi tylko o pieniądze i wiele innych przykrych rzeczy… Dziękował mi za wszystkie wspólne chwile, z drugiej strony, że będzie się o mnie martwił, że chciałby usłyszeć mój glos. To ja płakałam, on nic, ze stoickim spokojem jakby już to zaplanował co powie. Czuję że nie dowiedziałam się prawdy, dlaczego tak nagle to się stało? Dzwoniłam jeszcze przez kilka dni, nie odbierał…

Kolejny cios. Nazajutrz w pracy zmienialiśmy biuro… Naprzeciw NIEGO! Dlaczego teraz to się dzieje? Nie dam rady? Być teraz bliżej niego? Teraz? Kiedy jestem po rozstaniu, po tych wszystkich przykrych wydarzeniach… Mam codziennie go widywać? L On się cieszył że będę bliżej… Ile jeszcze wytrzymam? Mimo to kontakt mieliśmy rzadki… W sumie to teraz chciałam żeby zrozumiał, żeby był, żeby pomógł… Skoro tyle między nami się wydarzyło. Wiedziałam że moje rozstanie było z jego powodu… Wyjechałam do UK do przyjaciółki tak jak od roku obiecywałam, trochę odpoczęłam. Wszystko było świeże. Jednak przed wyjazdem czułam potrzebę porozmawiania z Moim… a co jeśli nie wrócę, jeśli się coś stanie… nie odbierał. Czułam się rozgoryczona, wracały wspomnienia. To była moja ostatnia próba kontaktu z nim… Nie wiedziałam czego chcę, wiedziałam, że jestem sama, że potrzebuję kogoś obok. Matka dzwoniła co parę dni, również załamana. Czasem miała wypite, odkładałam słuchawkę. Wiedziałam, że nie mogę się wrócić do Mojego jeśli tak naprawdę tego nie czuję, nie mogłam go prosić o pomoc tylko dlatego żeby nie być samą… dobijało mnie to z dnia na dzień. 4 lata do kosza, tyle wspólnych chwil, wydarzeń… może teraz dopiero to doceniłam, może karma wraca? Może Bóg mnie pokarał za moje zdrady… A może tak miało być. Gdyby nie ON, też nie mam pewności żeby się udało, może tak miało być, może dobrze że teraz. Milion pytań na minutę… Jako ostatnia dowiedziałam się że miał pierścionek zaręczynowy od roku, więc dlaczego tego nie zrobił? Bał się? Może wcale mnie tak nie kochał, może było mu tak wygodnie, może ja jestem temu wszystkiemu winna? Wiem, że to co robiłam było złe. Może widział, że mi nie zależy. Wiem też, że ciężko by było mi z nim żyć a jednak tak strasznie to boli. I to w takim momencie… Można było wcześniej to rozwiązać wiem… Ale on gdyby może właśnie teraz był przy mnie to by to przetrwało? Może bym wybiła sobie z głowy TAMTEGO? Los jest przewrotny…

Przez te kilka miesięcy było mi bardzo ciężko, znajomi każdy swoje życie, jakoś się to zmieniło, we dwójkę więcej się działo, teraz same pary, nie było i nie ma z kim wyjść, wyjechać, wciągała mnie praca, nowy system, nadgodziny, jeszcze żeby było śmieszniej padł mi dysk w komputerze i nie miałam na czym pracować – praca stała się całym moim życiem, wyjścia, grille, mecze, jezioro, siatkówka. Jak na złość. Często był ON, ja w zasadzie teraz wolna ale próbowałam się od tego odciąć, niby blisko a tak daleko. Miałam urodziny, zapomniał. Miał pretensje że go olewam. Znów płakałam, że traktuje mnie jak jakiś dodatek do swojego życia. Chciałam żeby mnie jakoś wsparł, nie było go. Przyszedł raz na kawę – opowiedział że bierze kredyt na dom… Nie! I że kredyt Was nie rozłączy aż do śmierci. Po co mi to mówi? Próbowałam przejść na stopę koleżeńską. Nie potrafię. Pamiętam wszystko co wydarzyło się 2 lata temu… Znów tańczymy, mówi, że wszystko się tutaj zaczęło… Ale już nie wracamy z imprez razem, nie spotykamy się po kryjomu, nie piszemy całymi dniami… Nawet nie zaglądam do jego biura ani on do mojego. Każdy jego widok powoduje u mnie podenerwowanie… Widzę jak na mnie patrzy, ciągle w ten sam sposób, obserwuje mnie przy każdej okazji, słyszę: „z dnia na dzień piękniejsza”, „Ty już mnie nie lubisz, nie chcesz ze mną mieć nic wspólnego”. Kurwa kocham Cię idioto!!! L Zarzuca mi, że tylko imprezuję z firmą i tak olewamy się nawzajem… Nadchodzi okrągła rocznica założenia naszej spółki, event dla pracowników z rodzinami… będzie z żoną. Niby nabrałam dystansu ale boję się, nie przeżyję, nie chcę na to patrzeć. Patrzę. Jaka ona niewinna. Nawet ładna, ale jakaś mało wyrazista. Nie zbliżam się, nawet nie chcę się przedstawiać. Opiekują się dzieckiem, nawet się nie witam. Wpadamy na siebie, podaję tylko rękę i cześć. Kurwa jak boli… Ona jedzie do domu, on zostaje, zbliża się, kieruje toast w moją stronę – „nie piję z Tobą”, odsuwam się, nie chcę z nim rozmawiać, mówi że kupił ten dom. Mam świeczki w oczach, wychodzę do ubikacji. Bierze mnie do tańca, pytam po co Ci to? „Bo lubię i Ty lubisz”. Nienawidzę go. Tańczymy. Kocham z nim tańczyć. Przytula mnie gdy puszczają fajerwerki. Odsuwam się. Jedzie, ja zostaję do końca, pisze mi że imprezują jeszcze na mieście, idę spać…

Dyrektor urządza nam ostatni turniej siatkówki w tym roku. Po grze siedzimy przy winie, dowiaduję się że spodziewają się drugiego… O mało się nie krztuszę. Wracam pijana do domu i wyję do rana L To koniec. Już naprawdę. Czekałam na ten moment. Nie powiedział mi… Nienawidzę go! Wyjeżdżam na wczasy, znajduję chętną koleżankę. Nie myślę o nikim, odpoczywam, spełniam swoje marzenia. Dowiaduję się że mój ex odwiedza moich znajomych, dostaję szału… Po co to robi? Po tym wszystkim jak mnie zostawił samą z tym wszystkim zachowuje się jakby się nic nie stało? Niby ma to tego prawo ale niech każdy idzie w swoją stronę… Często spędzaliśmy czas z moimi znajomymi, ale boli mnie to. Ja jego ekipy nie odwiedzam… Chaos, pustka.

Z NIM nie mamy kontaktu,  znów dostaję sms czy już się do niego nie odzywam, „Ale sobie przypomniałeś!” „Cały czas myślę” „Taaa powiedz jeszcze że się stęskniłeś”. Chce przyjść, nie pozwalam. On chyba myśli że cały czas będzie tak między nami. A ja mam pęknięte serce, nawet poczwórnie, przez babcię, matkę, mojego ex i niego. Próbuję uciec. Boję się że teraz nikogo sobie nie znajdę, bo nawet nie wychodzę z domu, nie chodzę na imprezy, nigdzie nie wyjeżdżam na weekendy, nie mam z kim. Boję się że już wszystkich będę porównywać do niego… Nikt mi się nie podoba. Widuję go, wypieram ze świadomości. Pisze że tęskni. Myśląc że dam radę pozwalam mu przyjść. Jestem ciekawa co powie. Niespodziewanie kładzie się ze mną spać i zostaje do rana… Nie chcę, wyganiam do domu, wiem że znów będzie bolało. Przytula jak nigdy dotąd, nie ma seksu, jest czysta bliskość, całuje w czoło, głaszcze po ciele, po uszach, rękach, przytula mocno, śpimy tak całą noc. Nie wierzę w obrót spraw. Tak bardzo tego potrzebowałam kilka miesięcy temu. I dużo wcześniej, jeszcze nigdy nie byliśmy tak po prostu blisko L Mimo to nie pozwalam się całować, mam ochotę na seks ale nie mogę. Wychodzi, całuje, znów zostawia mnie samą… Widzę jak tęsknił… Nie rozumiem… Chcę zniknąć. Nie mogę z nim być… Znów sama w 4 ścianach…  Jak się od tego uwolnić?

Pomyślicie, że jestem nie normalną egoistką, która zraniła swojego chłopaka. Owszem czuję, że tak jest. Mimo to żyję wspomnieniami tych 4 lat, wiem, że mu zależało, wiem że wiele mu powierzyłam i zaufałam, że mimo wszystko wiele dla mnie znaczył i chyba tak ciężko mi się pogodzić z tym, że z dnia na dzień staliśmy się dla siebie nikim. Czy to była miłość? Może z czasem się dowiem i będę żałować. Ale jeśli moje serce bije do innego to nie mogłam pozwolić aby mój związek tak trwał… A czy faktycznie bije? Tak czuję, ale może to tylko fascynacja i zauroczenie, a może po prostu świadomość tego czego nie mogę mieć… Od tamtego roku w tej kwestii za wiele się nie zmieniło, poza tym że nie mamy już takiego kontaktu.Nadal chcę go mieć. Ale nie mogąc go kochać muszę znienawidzić.  Jednak nie jest łatwo tak się od tego odciąć i po prostu zapomnieć. Tym bardziej, że się widujemy w pracy. Mogłam to przewidzieć. Jednak nie traktowałabym tego tak gdyby ON się tak nie zachowywał. Na chwilę obecną widzę, że nic to dla niego nie znaczyło i nie znaczy nadal. A nawet jeśli to i tak nic się nie zmieni bo on zdecydował zostać przy swojej rodzinie. I to też poniekąd rozumiem. Katuję się tymi wspomnieniami wspólnych chwil… Czym jest miłość? Boję się że nigdy się nie dowiem…

Motylek

Nie potrafię odejść.

Witam.

Jestem licealistką i mam 18 lat. Od prawie 3 lat jestem w związku. Jednak ważne w mojej historii jest to, co stało się wcześniej, zanim zaczelam z nim być.

Otóż jako dorastająca dziewczyna znalazłam chłopaka. Nazwijmy go X. Byłam zakochana, moja pierwsza miłość. Uniesienie, pierwsze pocałunki. Tylko był jeden problem, który mu nie odpowiadał. Mianowicie, bylam troche większa. Całe dzieciństwo trenowałam pływanie i dwubój. Później przez kontuzję byłam zmuszona przestać ćwiczyć, co wiązało się z tym, że przytyłam. Nie jakoś wiele, jakies 7 kg przez pół roku na pewno, dużo i nie dużo za jednym razem. A najgorsze w tym wszystkim – moje nogi, krótkie, bardzo silne, duże. Przez pływanie i bieganie. Ale wracając do meritum, on na każdym kroku przypominał mi o tych nogach, nazywał je (też mnie) parówami. Najpierw brzmiało to jak żarty i tak też to traktowałam, jednak z czasem przerodziło się w wyśmiewanie mnie nawet przy swoich kolegach. Krótko byliśmy razem a ja strasznie to przeżyłam. Chciałam pokazać mu co stracił i zaczęłam znów dbać o siebie, ćwiczyć i zdrowo się odżywiać tak też zrobiłam. Chudłam i chudłam. Z 2000 kcal zrobiło się nagle 1000 później 500 aż w końcu jadłam gdy mdlałam. Ciagle w głowie „masz nogi jak parówy, parówo”… Gdy rodzice zauważyli co się ze mna dzieje, każdy posiłek jadłam przy nich. Później gdy wychodzili wymiotowałam. Doszły do tego tabletki na przeczyszczenie i herbatki. Potrafiłam zjeść całe opakowanie i wypić herbatę zaparzoną z 5 torebek. Ciełam sie na nogach, na rękach. Było ze mna naprawdę źle. Zbliżały się świeta Bozego Narodzenia.. czyli jedzenie przy rodzinie. Nie mogłam tego znieść, nie chciałam iść na święta, nie chciałam widzieć jedzenia, obrzydało mnie to gdy ktoś jadł przy mnie. Dzień przed wigilią dla zabawy ganiałam sie z tata i w pewnym momencie obsunął mi się rekaw i zobaczył moje ręce, całe pocięte. Był wtedy podpity, usiadł na mnie by zobaczyć całe ręce i gdy w koncu mu się udało dostałam w twarz. Usłyszałam, że po co się tne, skoro mogą mi kupić trumne i bedzie wszystkim lepiej. No cóż.. z histerią poleciałam do mojej babci, która mnie wybroniła przed ojcem.

Na wigilii zjadłam troche kapusty i wypiłam barszcz. Gdy wszyscy poszli zapalić, ja poszłam do toalety i wymiotowałam, czułam się okropnie z tym, że zjadłam coś co nie jest w moim jadłospisie. Moja mama słyszała to, że to zrobiłam i kilka dni później byłam w zakładzie psychiatrycznym. Stwierdzono jadłowstręd bulimiczny.

Poznałam tam masę ludzi i ich życiowe tragedie. Doszłam do wniosku, że to wszystko przez X. Później gdy już wyszłam. Półtorej roku leczenia się antydepresantami, terapia u psychologa. Dało mi to wszystko siłe. Gdy juz było wszystko dobrze, zrobiłam sobie tatuaż na bliznach – różę (symbol św. Rity mojej patronki od bierzmowania, do której się modliłam gdy było ze mną naprawdę źłe).  Uznałam to za koniec mojego cierpienia i nowy start. Dlatego też porozmawiałam z X. Powiedziałam mu wszystko co mi zrobił, że to jego wina. On nie chciał mnie słuchać najpierw ale później zrozumiał i po prostu bez słowa poszedł. Dostawałam kwiaty od niego, pisał dzwonił interesował sie. Zaczeliśmy znów chodzić na randki ale coś poszlo nie tak, chyba nie jestem w stanie na tyle mu pozwolić. Jednak do dzisiaj jesteśmy naprawdę dobrymi znajomymi, spotykamy się od czasu do czasu, wspominamy i smiejemy sie z wszystkich glupich i dziecinnych rzeczy jakie robilismy. Wybaczyłam mu wszystko, chociaż on mi się dziwi, mówi, że na moim miejscu nigdy nie zrobiłby tego. Podziękowałam mu za wszystko co dobre i wybaczyłam za to co złe, bo to sprawiło że stałam się silną już kobietą.

Zaczełam imprezować, dbać o sobie, kochać siebie jak nigdy..

Niedługo wtedy poznałam mojego akutalnego chłopaka. Nazwijmy go Y.  Nie tyle co go poznałam co zauważyłam. Po prostu mieszkamy razem na tym samym osiedlu, w tym samym bloku od dziecka, dzisiaj rownież. Wszystko się szybko potoczyło i staliśmy się parą. Uświadomiłam go na samym początku, ze cos takiego jak wyzej opisalam przeszlam, i ze ze mna nie bedzie latwo,bo mam dni kiedy nie moge spojrzec w lustro i mam ochote znowu sie ciac u rzygac.

Jednak on mnie zapewnial, ze to nic, ze bedzie ze mna. Po raz pierwszy coś takiego poczułam do kogoś. Czułam, że będziemy długo razem, że go kocham. Było tak cudownie. No właśnie, było. Zaczełam byc ograniczana, zrezygnowałam z mojej pasji dla niego. Istniał tylko on. Pojechaliśmy na wakacje razem z moimi przyjaciółkami. I wtedy zaczeły się problemy. Zauważył ze inny mężczyzni się za mna ogladaja, ze ja tez lubie spojrzec na innych facetow.

Pewnego wieczoru, szliśmy na imprezę. Ładnie się pomalowałam i uczesałam. Miałam koszulę na sobie, rozpuszczone włosy, krótkie spodenki i szpilki  co ważne, czerwone usta pasujące do koszuli. Wyglądam bomba! Wychodziłam z pokoju, zobaczył mnie, mam nadzieje, że powie coś słodkiego, skomplementuje mnie.. w rzeczywistości zostałam zwyzywana, że wyglądam jak ździra i dlaczego pomalowałam sobie usta skoro wiem, ze on nienawidzi gdy mam je pomalowane bo mu to przeszkadza. Wróciłam do pokoju, popłakałam sie. Tyle było z mojej imprezy. Później przyszedł, przeprosił mnie za to,że krzyczał a ja za to, ze nie pomyślałam o nim malując te usta. Dziewczyny wtedy mówiły mi ze mam się stuknął w łeb, bo nic zlego nie zrobilam a go przepraszam. Nie sluchalam ich. Pozniej inne jakies problemy itp.

Najgorsze było to, ze przed wyjazdem rzucilam mimochodem podekscytowana wakacjami, ze bedziemy sie kochac codziennie. Gdy mowilam, ze nie chce obrazal sie, ze niepotrzebnie to mowilam.

Lato mineło, zbliża się nowy rok szkolny, poznalam wtedy tez jego znajomych. Był tam taki A. Uroczy blondyn. Fajnie ubrany, bardzo szarmancki gentelmen. Widzialam na kazdej imprezie ze Y probuje mnie odciagnac od niego bo bylo widac ze lubimy się. Wkurwialo go to, a my nic zlego nie robilismy, smialismy sie, palilismy fajki, moze przez 10 min. Y stał sie bardzo zaborczy a ja zaczelam sie dusic w tym zwiazku. Zaczelam spotykac sie znow z kolezankami, zaczelam znow robic to co lubie co w konsekwencji oznaczalo mniej czasu dla niego. Czasem pisalam z A. Dobrze nam sie gadalo, i czulam ze podobam mu sie, on mi tez ale przeciez jestem w zwiazku i to jeszcze z jego kumplem. Chorobliwa zazdrosc od stronu Y mnie przytłaczała.

Rozstalam sie z Y. On tak zadecydował, po prostu. Ryczalam, nienawidzilam go, chcialam go wymazac z mojej pamieci. Nic zlego nie robilam a zawsze slyszalam, ze moje slowo jest gowno warte, ze nie dotrzymuje obietnic, ze jestem straszna, beznadziejna, jestem bachorem i mam spierdalac.

Poszłam więc do A. Pocieszyc się. To nie wypaliło, bo zaczelam tesknic za Y. Było mi niby dobrze bez niego, ale brakowało mi go cholernie. Znajdowałam w sobie winy, ze to ja jestem winna, tylko i wylacznie ja. I pewnego dnia wpadlam w taka histerie, ze po prostu przyszlam do niego i blagalam o wybaczenie, nawet sama nie wiem czego. Wrocilismy do siebie a ja z dnia na dzien zostawilam A.

Bylo nam dobrze przez jakis miesiac, moze dwa. Znow sie wszystko zaczelo powtarzac. Jednak kupilismy razem auto, niby ekstra pomysl. Ale nastaly wielkie kłótnie o ten durny samochód. Tak wielkie, ze podduszał mnie pod ściana gdy nie chcialam dac mu kluczyków.

Najgorsze sytuacja sa wtedy kiedy mam te złe dni. Kiedy mam ochote zwymiotowac mj caly posilek, kiedy jest mi zle kiedy jak spojrze w lustro placze jak nienormalna – on wtedy mowi, ze mam cos nie tak z głową i mam przestać tak gadac bo mu sie nie chce tego słuchac. To mnie najbardziej boli.

Rozstawalismy sie, znow wracalismy. I tak w kółko i w kółko. Uslyszalam, ze jestem nienormalna, ze mnie nienawidzi, ze zaluje ze do mnie wraca caly czas. I tak, to ja zawsze wyciagam do niego reke. On tak bardzo nienawidzi przepraszac. Na palach policze ile razy mnie przeprosil a sprawy czasem naprawde byly powazne.Każde moje wyjscie na impreze bez niego bylo wielkim stresem, placz, blaganie.

Teraz znow jestesmy razem.

Opowiem sytuacje, która trzyma mnie do dzisiaj. Były wakacje. Pojechałam z moja najlepsza przyjaciółką nad morze. Było świetnie. Oczywiscie nie obeszło się bez wielkiej kłótni, ze on tez chce. Ja uznalam, ze musze odpoczac troche od niego. Dlatego zrobilysmy sobie we dwie babski wyjazd. Y oczywiscie dzwonil, pisal prawie caly czas. Nie dawał mi odpoczac od siebie. Dlatego zmyslalam jakies rzeczy, ze jestem zmeczona, albo ze rozladowal mi się telefon dlatego nie odpisywałam. Takie tam. Co wieczór piłam z nią wino i wychodziłysmy na miasto po całym dniu leżenia na plazy. Poznalysmy mase ludzi. Moja kumpela leciała ostro w tango z facetami, ja nie. Jestem wierna, mimo, ze umawialam sie z kolega mojego chlopaka od razu po rozstaniu ale wierna bylam zawsze i zawsze bede.

Pewnego wieczoru poznalam chłopaka – J. Nawalony jak szpadel, tak samo jak ja. Zaczelismy rozmawiać, śmiać się było super. Chciał mnie pocałować, na co ja odpowiedziałam dla żartów, ze dostanie buziaka W POLICZEK jesli mi kupi kwiaty. Ja z całą gromadą smiejemy się do rozpuchu bo gdzie o godzinie pierwszej w nocy on znajdzie kwiaty. A on wracal po 10 min z 3 najpiękniejszymi różami jakie w życiu widziałam, klęka i się pyta czy będe jego żoną.

Ludzie tam zabrani krzyczeli i zwracali na nas uwagę. Gratulowali nam, bili brawo. Ja się zgodziłam, wiedzialam ze jutro on o mnie zapomni ja o nim tez dlatego dalam mu tego niewinnego buziaka w policzek. Śmiechu do nie miara/

Rano juz o tym zapomnialam. A tu dostaje telefon, ze tu J i czy go pamietam. Nie mam pojecia jak on mnie znalazł ale cud nastał i mam moj numer. Umowilismy sie ta sama ekipa do baru wieczorem. Impreza trwa w najlepsze.

Poszlismy nad ranem sie przejsc po plazy cala grupką. Wyprzedzilismy wszystkich i sami rozmawiamy. Zapytał się mnie dlaczego jestem taka niedostępna, czy cos zlego zrobil. Po prostu myslałam o tym, ze niedlugo to sie skonczy, zostaną tylko wspomnienia. Wróce znow do domu, znow do Y, który sprawia, ze czuje sie jak gówno. Jednak na to pytanie mu nie odpowiedziałam. A on wtedy po prostu stanał przede mną i powiedział, ze po coś tutaj się spotkalismy i najchętniej to kupiłby mi miliony takich róż bym śmiała się tak samo jak wtedy. I ze gdyby nie to, ze on mieszka w Holandii to bylabym naprawde jego zoną.

Cała droge do domu, płakałam. Nie chciałam wracać. Chciałam tam zostać chociaz jeszcze jeden dzien z J.

Czasem rozmawiam z J. (Oczywiscie w tajemnicy przed Y.) Pochwalił mi się, ze na Sylwestra bedzie w Polsce i czy przypadkiem nie bede w tym samym miescie. Y sie  nigdy nie zgodzi, zebym pojechala z moimi znajomymi na sylwestra do innego miasta. znow bede musiala siedziec z nim w domu i udawac jak bardzo jestem szczesliwa.

Czuje, ze go nie kocham, czuje ze to przywiazanie. Nie potrafię od niego odejść, bo za kazdym razem jest mi źle bez niego. Zaczynam wspominać jak bylo dobrze i zwalac cala wine na siebie. Chociaz JA WIEM, ze tak nie jest.

Wszyscy moi znajomi mi sie dziwia dlaczego z nim jestem. Nawet jego rodzina mi to powiedziała..

Nie wiem jak odejść, nie wiem jak zacząć żyć bez niego. Tak bardzo mnie uzależnił od siebie. Nienawidze go za to, nie potrafię odejść a nie chce z nim być. Co mam zrobić? Jesteście moją ostatnią deską ratunku.

 

olvsivctic

Problem z byłym

Witam
Ostatnio trafiłam na waszego bloga i stwierdziłam, że może mi pomożecie. Od 4 sierpnia nie jestem z moim były.Powodem tego było to,że mnie pobił. Miałam limo pod okiem,z pięści uderzył mnie w brzuch itp. Wcześniej już się zdarzało,że mnie kopnął albo dusił,ale wtedy pierwszy raz uderzył mnie w twarz.Zdradził mnie z moją najlepszą przyjaciółką,z którą teraz jest.Problem w tym,że to był pierwszy chłopak,w którym sie zakochałam. I strasznie denerwuje mnie to,że nie potrafię go po prostu znienawidzić.Odkąd zerwaliśmy,przez miesiąc nie mieliśmy kontaktu.Jednak wtedy go odblokowałam i zaczął do mnie wypisywać,że tęskni i mnie kocha.Nie potrafiłam wytrzymać i się z nim spotkałam.Spotykaliśmy się przez prawie 2 tygodnie.Wiedziałam,że do niego nie wróce, ale i tak chciałam się z nim widywać.Mówił mi,że nie jest już z tą dziewczyną,ale okazało się ,że z nia także w tym czasie się spotykał.Od tamtej pory straciliśmy kontakt i pomimo tego,że nigdy więcej nie dam się namówić na spotkanie to wciąz codziennie o nim myśle. Poznałam świetnego chlopaka i poczułam do niego także coś wyjątkowego,ale wiem,że dopóki nie wymarzę z pamięci mojego byłego to nic z tego nie wyjdzie. Każdego kłamię, że wcale się z byłym nie spotykałam i nikomu się nie przyznaję, ze dalej cos do niego czuję. Wiecie może co mi może na to pomóc? Chcę o nim zapomnieć:/

Paulina

List od mojego Rozsądku.

Moja Kochana!
Wiem, że bardzo cierpisz z tego powodu że zostałaś zdradzona i przez to zraniona tak okrutnie.
Ale pomyśl. Świat się nie kończy na tym jednym facecie.
Masz dzieci, masz pracę, masz wspierającą rodzinę, masz przyjaciół.
Nie jesteś sama. Cały świat Cię wspiera.
Nie myśl o nim, złe myśli i emocje odpędzaj, gdy przychodzą, odganiaj i zastępuj pozytywnymi.  To Twoja głowa, to Twoje myśli, to Twoje serce i uczucia, to od Ciebie zależy jakie będą. Nie daj się ponosić temu co próbuje Cię niszczyć i gnębić.
Popatrz na siebie, gdy odpoczniesz, gdy się uspokoisz, znów będziesz pogodną, uśmiechniętą, atrakcyjną kobietą.
Jesteś mądra, inteligentna, rozsądna, rozważna, silna – to są cechy, które teraz wydobądź na wierzch. Uśpij na chwilę swoją wrażliwość, nie pozbywaj się jej, bo staniesz się zimną suką, ale teraz troszkę o niej zapomnij, uśpij, ukołysz, pogłaszcz jak skrzywdzone dziecko, niech śpi, niech odpocznie.
Jesteś dobra, dziel się swoją dobrocią z dziećmi, z rodzicami, z innymi ludźmi, nawet z psem  on jest taki teraz opuszczony i zaniedbany, domaga się wciąż pieszczot i zainteresowania.
Masz pracę, tak dużo pracy, tylko brać się i pracować, zarabiać, wyjść z długu, zarobić na swoje przyjemności, na wyjazd w przyszłym roku na wakacje. Wiadomo, że pieniądze szczęścia nie dają, ale ile mogą dać przyjemności umiejętnie spożytkowane.
Zajmij się domem. Trzeba pomalować, poprzestawiać meble, coś dokupić, na to też trzeba zarobić. Och, może nie wszystko na raz :)))
Powoli, ale systematycznie. Zrób sobie plan i go realizuj. Trzymaj się go. Pisz w kalendarzu sprawy do załatwienia, zadania do wykonania.
Krok po kroku.
I pamiętaj – nie pozwalaj sobie na niedobre myśli. Nie krzywdź siebie bardziej niż zostałaś skrzywdzona.
Wybacz sobie, nie myśl, że gdybyś to czy tamto to było by inaczej, może by było, ale to już teraz nieważne. Teraz jest teraz i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Każdy popełnia błędy, nie musisz być idealna.
Zamknij grodzie czasu, oddziel to co było od tego co jest, jest nowy czas, jutro przed Tobą, gdy znów będziesz tą kobietą którą potrafisz być, na pewno przyniesie Ci coś dobrego. Od jakiegoś czasu gościł w Tobie lęk, dopuściłaś go do siebie, a wiesz, że tego robić nie wolno. Zawsze miej podniesioną głowę i odważne serce.
Kochaj siebie, nie krzywdź siebie, wybaczaj sobie.
Jesteś wspaniała i tak się znów poczuj – wspaniale.
Twój Rozsądek.

Bumerang życiowy poleciał w dal

 
 
Kochane dziewczyny,
 
Tak jak obiecałam piszę co u mnie.
 
Przeżylam te nieszczęsliwe i straszliwie samotne wakacje. Przeżylam też samotne swieta i Sylwester.
 
Bylam cala obolala z nerwów, z depresji ale nie podawalam sie….
 
Szczerze wszystkim naszym znajomym i rodzinie mowilam ,ze juz z nim nie jestem .  Potem na te wakacje zapisalam sie z przyjaciółka do Bulgarii-bylo cudnie! fantastyczne towarzystwo i wszystko takie inne ,sloneczne , usmiechniete. deprecha zaczeła puszczać.
Po powrocie z wakacji na schodach w pracy wpadlam na kolegę . Znamy sie 24 lata. Kupę lat przepracowalismy razem w jednym dziale. Znałam jego zonę bylysmy kolezankami. Kolezanka ta umarla 2 lata temu…. facet , smutny zdruzgotany , szary …
Pogadalismy stojac na tych schodach…
Potem telefon od niego . Rozmowy …
Okazalo sie ,ze wiele nas łaczy,ze jest nam fajnie razem, rozumiemy się .
Ale nie bylo latwo. Nie chcialam ,uciekalam . On był dobry i cierpliwy..
Teraz po prostu jestem. Jestem kochana i akceptowana taka jaka jestem. Z wadami.
Nie boje się. Ten paskudny strach …nie ma go…
Ufam i śmialo patrze w przyszlość..
Mam poczucie wartości.
Szacunek..to takie naturalne
Facet dal mi to w ciagu tych kilku miesięcy o czym marzylam przez cale zycie…
 
Zaraz po tym jak sie zdecydowalam pojawil sie ON. prosil ,błagał i obiecywał. Że zrozumiał, ze sie zmieni ,ze wszysztko mi wynagrodzi…Znajomym mówi ,ze wrócił by do mnie na kolanach…tylko ze j NIE CHCĘ!
 
Mam 50 lat -warto uciekać !
aniołek
 
 

Zawsze istnieje wyjście

Witajcie.

      Minęły cztery lata odkąd zaczęłam iść nową drogą. To TUTAJ ( „Wyszłam za mąż, teraz wracam”)  się wszystko zaczęło, na długo przedtem zanim postanowiłam opuścić miejsce które zwalo się moim domem czytałam bloga.Wy dalyscie mi wsparcie mentalne i wiarę że wszystko jest możliwe. BO JEST.

Życie jednak nie jest bajką, tylko wypadkową wielu decyzji i zdarzeń. Ta akurat decyzja o odejsciu od męża była jedną z najlepszych jakie podjęłam.Nie będę kolorowac czasu „PO” bo kazda z Nas ,która przez to przechodzila wie , że droga jest trudna .Niezliczone momenty płaczu, załamania wiary i stawanie przed trudnymi decyzjami ,ktore trzeba podejmować.Dbanie  o dzieci, praca , walka o każda drobną rzecz, jednym słowem-szara rzeczywistość. A gdzie  miejsce na NOWĄ MNIE ?   Tą właśnie , która miała być przecież szczesliwa?
..Otóż Ona musiała się nauczyć tego szczęścia.Zaczac je zauważać w drobnych rzeczach , sobie i ludziach wokół…bo właśnie tak to działa. Przepracowalam stare strachy, oswoilam demony , pogodzilam sie z wieloma bolami.Nadszedł moment kiedy „prawie „wszystko było już tak jak powinno być, moment w ktorym zaczęłam oddychać spokojnie i nieśmiało snuć plany na przyszłość…Moment w ktorym tez poznalam kogos komu zaufalam,układać w glowie plan na to „czego chcę i jak zrobić by tak było, by móc żyć dobrze ….
  A wtedy stała się rzecz niespodziewana ….zupełnie przypadkiem poszłam zrobić morfologie bo słabo się czułam, ale pewnie to przepracowanie , przeprowadzki i stres ….Podając kartkę Pani Doktor zazartowalam że „wezmę tyle witamin ile Pani przepisze i obiecuje że niedługo zwolnie tempo bo mam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia…”
Tyle tylko, że Kobiecie nie było do śmiechu…Dziś mija 7tygodni odkąd jestem w szpitalu, trzecim szpitalu…Mija kilka dni odkąd przestałam płakać a podjelam decyzje o walce .O najwazniejszej walce mojego życia…

Dlaczego akurat do Was piszę….zamiast wynurzac sie na blogu dla „chorych”…Bo chcę każdej z Was przekazać ważną rzecz:Cokolwiek by się działo, jakkolwiek sytuacja wydawałaby się beznadziejna ….ZAWSZE ISTNIEJE WYJSCIE .I tak bym zachorowała…bo to niezalezne akurat ode mnie …ale jak trudne byloby przechodzenie tego w tamtym toksycznym swiecie, z  tamtymi ludźmi, z tamta nieswiadomoscia siebie. A tak posiadam „komfort” tego, że w zyciu za oknem szpitala jest ok, że są tam ludzie którzy kochają, czekają i trzymają kciuki. 
Walczcie o siebie i swoje życia -szczęśliwe życia -każdego dnia.

Nutella

Skup się na nowym

nowe

 

 

Kobiecy Punkt Widzenia

Weź przestań.

Wiesz, tępa dzido, na czym polega uczciwość wobec siebie? Że rozumiesz, po co ci ten facet jest właściwie w życiu potrzebny. Że on nie ma cię ratować przed rozsypką, zagładą, depresją, że on nie ma nadać sensu twojemu życiu.

To ty masz nadać swemu życiu sens. Jeśli masz pracę, której nienawidzisz, jeśli masz przyjaciół, których nawet nie lubisz, jeśli nie masz żadnych zajęć, które sprawiają, że jesteś lepsza, ciekawsza, że się rozwijasz, to dlaczego jakiś facet ma czerpać przyjemność z bycia z tobą?

Bo dużo zarabiasz? Bo obrobisz mu lagę raz na tydzień? I później się jeszcze dziwisz, że cię zdradził, zostawił, kopnął w dupę i kazał spadać? Weź przestań.

Posprzątaj swoje życie.

— Pokolenie Ikea

źródło: http://wez-wyjdz.soup.io/post/673365837/Wiesz-t-pa-dzido-na-czym-polega

Sama nie wiem, co myśleć, jak myśleć i co robić

Witajcie,
czytam Was od jakiś 8 miesięcy. Nieregularnie, ale jednak. Listy i wpisy pomogły mi wyjść ze związku z byłym partnerem. Niby byłam silniejsza, niby wiedziałam, żeby nie dawać sobą manipulować. Niby… Czas jednak zweryfikował i zadrwił ze mnie. Może zwyczajnie niczego się nie nauczyłam. A może mam tak miękkie serce, że bez problemu każdy jest w stanie je zniszczyć, podeptać i zwyczajnie zranić.
Może to moja wina? Pomóżcie, bo nie ogarniam już samej siebie.
Nie jestem nastolatką, nie mam męża, dzieci, nie mam rodziny (poza rodzicami oczywiście), nie mam nawet kota czy psa. Od pół roku żyję w letargicznym rozdwojeniu jaźni i kiedy już mi się wydaje, że będzie super, wszystko wali się ze zdwojoną siłą.
Po rozstaniu z T., z którym byłam 6 lat, moje życie obróciło się o 180 stopni. Nagle zostałam sama, z długami, z mieszkaniem, które musiałam utrzymać sama, z jego gniewem, swoją frustracją. Nie wiem, czego się spodziewałam po facecie, który pod koniec tego wieloletniego związku zaproponował mi otwarcie się na innych ludzi – czyli zdrady. Zapaliła mi się czerwona lampka, ale chyba byłam jeszcze na tyle ślepa, by nie zrozumieć, że to gwóźdź do trumny.
Rozstanie nie obyło się bez fajerwerków, pakowania jego rzeczy, wizyty moich rodziców. I nagle nastała pustka, cisza, taka upragniona i wyczekana cisza. W między czasie, poznałam Go. 6 lat starszy, po rozwodzie, sympatyczny, inteligentny.
Zaczęliśmy się spotykać. Często u niego zostawałam na noc, miał swój dom pod miastem, był zaradny, uczuciowy, pełen różnych zainteresowań (zupełna odwrotność mojego byłego partnera). I chcąc nie chcąc zakochałam się w nim. Niestety, byłam zbyt szczera. Powiedziałam mu o tym, jak wyglądał związek z ex, do czego mnie namówił. Nie wstydzę się tego, ale widziałam, jaka była jego reakcja. Był… zdruzgotany! Dzisiaj uważam, że liczył na to, że pozna królewnę z bajki, dziewicę orleańską, a w
łóżku wyuzdaną damę. Czułam i słyszałam jak mnie oceniał. Z tygodnia na tydzień coraz bardziej.
Przez pierwsze 2 miesiące niemalże codziennie powtarzał, że mi nie ufa. Ale, że się zakochał. Dla mnie to totalne rozdwojenie. Jak można mówić, że się kocha, a jednocześnie nie ufać? Czy jest psycholog na Sali?
Z całych sił próbowałam go przekonać, ze warto. Nie jestem panienką lekkich obyczajów, swoje przeżyłam, ale mam godność. Jakkolwiek to nie zabrzmi. Nie chodzę do łóżka z kim popadnie, nie narażam się na niebezpieczeństwa… Na próżno moje tłumaczenia. W jego oczach pozostałam zwykłą ku…wą. Skąd to wiem?
Po dwóch miesiącach leżąc już w łóżku wieczorem, zapytał o moją przeszłość. Uznałam, że skoro rozmawiamy spokojnie, to mogę powiedzieć, ale nie spodziewałam się, że mnie… uderzy. Mocno. W twarz. Przez chwilę nie wiedziałam co się dzieje. Rozmawialiśmy przecież spokojnie. Odskoczyłam od niego i zaczęłam się szybko ubierać. Wpadł w szał i rzucił się na mnie. Pchnął mnie mocno na ścianę, uderzyłam głową. Potem jeszcze zaczął ciągnąc mnie za włosy. Udało mi się uciec. Byłam półnaga, nie
zdążyłam ubrać nawet bluzki. Uciekłam do jego siostry, która mieszka w domu obok. Poprosiłam ją i jej męża o chwilę schronienia. W jego domu zostały moje rzeczy: telefon, ubrania, kosmetyki. Od razu przybiegł i powiedział, że niczego mi nie odda dopóki z nim nie porozmawiam. Byłam przerażona. Zadzwoniłam na policję, bo uparł się, że jak wrócę po rzeczy, oberwę jeszcze raz. W końcu udało mi się zabrać swoje rzeczy w towarzystwie męża jego siostry, zadzwoniłam po taksówkę i wróciłam do swojego
mieszkania. Byłam roztrzęsiona. Nie spałam całą noc. Spędziłam kilka godzin pod prysznicem, by zmyć z siebie wspomnienie jego ciosów. Rano okazało się, że mam naciągnięty nadgarstek i guza na czole. Zastanawiałam się, czy nie skorzystać z rady policji, która przyjechała tamtej nocy i zgłosić pobicie.
Nie zrobiłam tego. W między czasie dzwonił setki razy, pisał, że się zabije, że mnie przeprasza i błaga o wybaczenie. Ugięłam się. Zgodziłam się z nim spotkać w parku. Płakałam, gdy mówiłam, że wszystko zniszczył.
Od jego siostry dowiedziałam się, że nie jestem pierwszą, którą tak potraktował. On temu zaprzeczał za każdym razem jak o to pytałam. Po jakimś czasie postanowiłam dać mu szansę. Ma problem z alkoholem, był kiedyś uzależniony od narkotyków. A mimo to, po dniach, tygodniach błagania mnie o wybaczenie, dałam mu szansę.
Przez jakiś czas było dobrze. Poznał moich rodziców. Nikt nie wie, co się wydarzyło poza nami. Poznałam jego córkę – to piękna, mądra dziewczynka. Zajmowałam się nią, kiedy go odwiedzała.
Niestety, mimo jego obietnic, że nigdy więcej mnie nie uderzy, nie zaniechał innych przykrych rzeczy. Notorycznie mnie wyzywa od dziwek i kurew, od szmat, które dają każdemu w hotelach. Najgorzej, gdy jest zdenerwowany sytuacją w pracy. Wtedy wszystko się na mnie odbija. Grozi mi, że jeśli nie zacznę się zachowywać według jego wytycznych, uderzy mnie, albo wywiezie gdzieś i pozwoli mnie zgwałcić jakimś swoim kolegom.
Jestem tym przerażona, zmęczona, jestem… nikim. Tak się czuję.
I znowu podobna sytuacja miała miejsce wczoraj… Poza pracą na etat, wykonuję od czasu zlecenia dla firm tłumaczeniowych. Wściekł się, że nie poświęcę mu tyle czasu ile by chciał. A ja przecież poświęcam mu każdą wolną chwilę. Praktycznie zamieszkałam u niego.
I to jego bycie najukochańszym na świecie na tle bycia totalnym psychopatą.
W wakacje wylądowałam w szpitalu. Przyjechał pewnego dnia tylko po to, by mi powiedzieć, że sama sobie zasłużyłam na to, na co choruję, że to dlatego, że się puszczałam z kim popadnie (co jest wierutną bzdurą).
Nie zliczę łez, które wypłakałam, próśb, które wypowiedziałam, ucieczek, które zaliczyłam, kiedy już zupełnie się nie hamował.
Dzisiaj zostawiłam mu list. Chcę pobyć sama, chcę to zweryfikować, przemyśleć. Ale… czy to ma sens? Czy on może dotrzymać słowa, że się postara, że zmieni swoje zachowanie.
Na szczęście nie użył siły wobec mnie po tamtym zdarzeniu. Ale słowa… ranią jak nóż. Oczekuje, że będę posłuszna, że będę wierna. I była bym wierna i dobra, gdyby nie to, że sprawił, że czuję się jak… kompletnie bezużyteczna kupka skóry i kości.
Mówił o tym, że pragnie spędzić ze mną życie. Ale czy ja chcę spędzić życie z kompletnie nieprzewidywalnym alkoholikiem? Nie. Wiem to.
A mimo to kocham… I chcę być szczęśliwa. I to chyba błąd.
Polly

Czy…?

Krótka historia związku, z którego chcę uciec.

Przepraszam za chaos – jestem zdenerwowana.

 

Ja lat 30, on 31. Oboje byliśmy singlami, ja po traumatycznym rozstaniu  -on mieszkający u mamy – prawiczek.

Poznaliśmy się przez internet. Oczywiście zauroczenie dobrym żartem, poziomem życia, atrakcyjną pracą – ogólnie cud, miód, orzeszki.

 

Myślałam, że w kwestiach seksu wszystkiego się nauczy ode mnie, na początku sama musiałam przejąć inicjatywę i powoli go wprowadzać w „dorosły” świat.

 

W międzyczasie sam kilkakrotnie mówił o tym, że na przykład cierpi na szumy uszne, jest nadwrażliwcem i nie lubi ludzi – idealnie byłoby siedzieć we dwoje – każdy na swoim laptopie – w oddzielnym świecie.

 

Cały czas w tym etapie znajomości widywaliśmy się tylko na dzień, dwa, maksymalnie trzy.

Moja zauroczona głowa nie słuchała migających czerwonych lampek, które mówiły, że on nie będzie dobrym partnerem, ojcem. Z biegiem czasu coraz częściej czułam od niego alkohol, szczególnie, kiedy spotykaliśmy się w weekendy.

 

DRAMATU AKT PIERWSZY ;)

Dlaczego by nie spróbowac zatem zamieszkac razem?

Półtora roku po zawarciu znajomości kupiliśmy mieszkanie na kredyt (50/50% własności).

Przeprowadzkę opiliśmy pyszną whiskey.Ja zabrałam się za urządzanie gniazdka, a szanowny Pan spędzał całe popołudnia przy piwie.

Przeżyliśmy o to wiele kłótni. Jego argumentem jest fakt, że miałam w dalszej rodzinie alkoholików i się czepiam. On przecież ma nad wszystkim kontrolę. Nie mogłam pogodzić się z faktem, że on naprawdę potrafił wypić po 8 piw dziennie. Jestem pewna, że pił też przed pracą (zapewne mniej bo wciąż pracuje). Zapewne na cały ten okres uzbierałoby się z 60 dni, kiedy był „trzeźwy”( między innymi po negocjacjach, że nie pije w tygodniu pracy).

 

Kilka miesięcy po zamieszkaniu razem wyjechaliśmy na urlop, gdzie nabawił się zapalenia płuc, co spowodowało jak wiadomo męską walkę o życie. Po chorobie pojawiła się bezsenność i dziwne halucynacje.

Fiu fiu… Włączył się tryb hipochondryka i choroby nerwowej.

 

W międzyczasie odwiedził wszystkich możliwych lekarzy: gastrologa, wielokrotnie internistę, okulistę i laryngologa.

Zrobił sobie gastroskopię – wyszły owrzodzenia, zrobił kolonoskopię – uchyłki w jelitach.Oczywiście wszystko to wina stresu w pracy – wcale nie alkoholu. Wszystkie te wizyty poprawiały na chwilę sytuację – potem leczył się domowymi sposobami na nerwicę -tabletkami od mamy, która ma nerwicę zdiagnozowaną od lat. Dostał 2-tygodniowy antybiotyk, przy braniu którego faktycznie nie pił nic. 

Poczuł się lepiej, ale tylko na chwilę, bo miewał coraz gorsze epizody paniki, zapijanej piwem. 

W końcu wylądawał u psychiatry, który nie wiem co stwierdził, ale zalecił branie leków psychotropowych.

Leki brał, na początku stosował się do wszystkich zaleceń – w międzyczasie seks umarł do zera. Nie chciało mi się nawet dopraszać o poświęcanie uwagi – tak mineło kilkanaście tygodni. Wracaliśmy z pracy – on szedł spać, ja zajmowałam się domem, zakupami itp. Po ok. 2 miesiącach znów zaczął popijać 2-3 piwka dziennie. Ataki nerwicy zaczęły wracać, a on odregowywał wszystko na mnie, coraz częściej warcząc i dialog między nami umarł. Zamknęłam się w sobie- przestała komunikowac juz cokolwiek – potrzeby, prośby. Odpuściłam sobie.

 

Pewnego dnia zabił mnie tekstem, że zwolnił się z pracy, bo go wszyscy denerwują.

Wziął miesięczne zwolnienie od psychiatry i siedzi w domu.

Oczywiście, ja wracając po pracy nawet zastawałam czasami kwiaty, ugotowany obiad, czy sprzatniete podłogi, ale większość czasu spędzał na spaniu i  wycieczkach do sklepu po piwo.

 

DRAMATU AKT DRUGI

Czując zbiżające się załamanie psychiczne uciekłam na dwa tygodnie do obcego, nienacechowanwgo złą atmosferą miejsca, bez większych tłumaczeń -powiedziałam że chcę od niego odpocząć.

 

Dopiero tutaj zobaczyłam, w jakim bagnie siedzę.

Jestem wypalonym człowiekiem, tak naprawdę juz go nie kocham – nie kocham też siebie za to, że tak późno się ogarnełam.

Wiąże nas kredyt mieszkaniowy na kilka lat. Nie chcę mieć z nim dzieci – z racji chorób rodzinnych i alkoholizmu.

Nie stworzę z nim domu, o jakim marzę – pełnego miłości i ludzi. Nie zrealizuję marzeń.

 

W tym momecie u niego włącza się walka o mnie. To on jest pokrzywdzony – bo opuszczam go w chorobie, bo akurat ma gorszy moment. On tak bardzo mnie kocha, choć wie, że jest egoistą. Da mi wszystko czego pragnę, da mi te dziec, których nie lubi, ale ja ich chcę. Da mi wszystko.

 

Dowiedziałam się, że wypytuje o mój numer pierścionka – na samą myśl o tym, cierpną mi nogi.

W trakcie rozmowy telefonicznej prawie sie rozstaliśmy -usłyszałam tyle agresji i takie słowa, których nie zapomnę nigdy.

 

Na drugi dzień przyjechał z kwiatami i przeprosinami, odbyliśmy długą rozmowę, usłyszałam, że on bedzie dla mnie walczył, dla mnie ogarnie swoje problemy. On cały czas mnie kocha… A ja wyprana ze wszystkich emocji, na granicy ataku paniki/smiechu tego wysłuchałam.

 

Jestem kłębkiem nerwów, pozostał mi tydzień pobytu w samotności, nie moge odpocząć – cały czas muszę meldować, co robie i odbierac telefony z zapewnieniami, że on chce walczyć o nas. Nie mogę spać, nie mogę jeść. Teraz to on chce mnie wyciagać z dołka. Żąda ode mnie zapewnień, że go kocham – te słowa nie są w stanie przejśc mi przez gardło.

 

chciałabym to wszystko uciąć natychmiast, nie wracać już do wspólnego domu, o którym miałam takie piekne marzenia. W obecnej chwili nie mam jednak innej możliwości. Musze wrócić.

 

Nie mogę jednak pozwolić umrzeć natrętnej mysli, która podpowiada mi, żeby jak najzybciej to skończyć.Zaoszczędzić czas na powrót uśmiechu i energii w MOIM życiu. Jednocześnie strasznie obawiam się, że zostanę już na zawsze sama.

 

Powiedzcie, czy uwierzyć mu w chęć zmiany i pracy nad sobą?

Czy dać może jakiś okres na to, aby może się wykazał?

Czy odpuścić i trochę jak tchórz uciec?

  

DRAMATU AKT TRZECI – OBY NIE BYŁO

Aleksandra

 

Kiedy lek na całe zło okazał się przyczyną choroby

Moja historia mogła by bezapelacyjnie zostać początkiem scenariusza dla amerykańskiej komedii romantycznej. Po 3 latach udanego związku, przyszła pora na dosłowne budowanie dalszej wspólnej przyszłości – domu. Kuchnia miała być biała a blaty drewniane, kredyt miał być podpisany w poniedziałek. Niestety w piątek powiedział mi, że nie jest gotowy na takie dorosłe życie, przerasta go to że nasz związek będzie już taki na poważnie (w końcu kredyt wiąże mocniej niż ślub). Chciał dalej ze mną być, ale żeby było po staremu – bądźmy razem ale osobno bez zobowiązań. Dla mnie to był cios w samo serce, dobił mnie na koniec tym jak oddał mi w samochodzie moje rzeczy zwinięte w kulkę jak brudne pranie. Wróciłam do domu usiadłam na podłodze i zaczęłam wyć. To nie był płacz to była histeria, taka że po godzinie nie możesz oddychać. I w tym właśnie momencie napisał do mnie ON…

Wiedziałam że się do mnie odezwie. Widziałam jak się na mnie patrzył na poprzednim zjeździe na uczelni. Podobało mi się to, że podobam się starszemu bardzo przystojnemu facetowi. Z powodu wyżej opisanego nie byłam w stanie wdać się w żadną konstruktywną rozmowę z nim przez pierwszy tydzień. Ale pisał codziennie, życzył miłego dnia nawet jak nie odpisywałam.

Pomyślałam – to nie może być przypadek tak właśnie miało być! Miejsce niedojrzałego dupka zajmie rozważny, poukładany i przemiły facet. Pisał do mnie takie wiadomości, że uśmiechałam się do telefonu jak kretynka. Lepiej mi się opłakiwało niezbudowany dom z myślą, że ktoś mnie chce. Z tyłu głowy pojawiła mi się myśl: nie chciałeś życia ze mną to teraz pokażę Ci jaka będę szczęśliwa z NIM.

I byłam. Już od pierwszej randki na którą przyniósł wielki bukiet kwiatów. Wydawało mi się, że jest nagrodą dla mnie za całe nieszczęście jakie mnie spotkało wcześniej. Myślałam, że Bóg to tak zaplanował. Myślałam, że jest moją bratnią duszą i to teraz na pewno będzie ON. Ten jeden jedyny ukochany.

Jedyny problem polegał na tym że mieszkał w Londynie. Ale studiowaliśmy razem przecież był w Polsce co 2-3tygodnie. Przepadłam, zakochałam się szalenie. Rozmawialiśmy codziennie po 3h zanim każde poszło spać. Pierwszy seks przywrócił mnie o zawroty głowy. Kolejne bukiety kwiatów i drobne prezenty też. Był dla mnie chodzącym ideałem. Po 2 miesiącach kupił mi bilet. Poleciałam do niego spędziliśmy razem 4 dni. Serwował mi śniadanie do łóżka, wspólnie gotowaliśmy, oglądaliśmy filmy z przerwami na seks. „związek” idealny. Kiedy spał na ranem patrzyłam na niego i nie mogłam się napatrzeć. Denerwowałam się każdą uciekająca godziną, która oznaczała zbliżającą się rozłąkę. Wróciłam do Polski, ale po tygodniu On przyleciał witając mnie wielkim bukietem ulubionych kwiatów: zapytany z jakiej okazji odpowiedział : bo jesteś. Po półrocznej sielance zapytałam go jak to z nami jest, jak on to widzi- nie mogłam już wytrzymać męczyło mnie to od miesięcy brak  określeń jak MY, RAZEM,KOCHANIE etc. Zaryzykowałam i zapytałam. To był poniedziałek – dzień po kolejnym weekendzie z serwowanym śniadaniem do łóżka.

Jego odpowiedzią był brak odpowiedzi. Nie odpisał nic. Nie napisał: jesteś fajna, ale to nie to. Nie odpisał spierdalaj, nie odpisał NIC.

Wpatrywałam się w telefon z nadzieją że odpisze przez pierwsze 2 tygodnie. Ciągle był dostępny. NIC.

Schudłam 7kg w miesiąc.

Wylałam morze łez i wypiłam litry wina. Usunęłam wszystkie zdjęcia i jego ze znajomych. Nie wiem tylko skąd miałam tyle siły żeby nie wykrzyczeć mu wszystkiego w słuchawkę od telefonu lub nie napisać kobiecej rozprawki jak bardzo mnie zranił.

Nie mogłam nic jeść. Ani spać.

Po miesiącu zobaczyłam go na uczelni. Unikał spojrzeń. Nie odzywaliśmy się do siebie. Na wspólnej imprezie podszedł chwycił mnie za rękę i wpatrywał się we mnie 10 min bez słowa. Ja idiotka, zszokowana, dalej zakochana też nie powiedziałam nic. Po chwili ktoś z naszych wspólnych znajomych przechodził koło nas więc puścił moją rękę i znowu się nie znamy.

On ma 32 lata. Ja dalej nie rozumiem, ale już jem -czasem, dalej spać nie mogę. Od pierwszego spotkania z nim minął już prawie rok. Kocham go i nienawidzę. Ale może kiedyś mi przejdzie….chociaż jak teraz komuś zaufać…

 

co myślicie to był tylko seks i zabawa? ale czy kobiecie tylko na seks serwuje się śniadanie do łóżka i kupuje się miód z myślą żeby się nie przeziębiła………..? i dlaczego  nie miał odwagi NIC powiedzieć ?

 

IVA

Jak trujący bluszcz

Moje życie z psychopatą
Byłam po bolesnym rozwodzie.Mój eksmąż odszedł do kobiety z dwójką dzieci i zrobił jej trzecie.Zostałam sama z wszystkimi problemami.Już zaczynałam odzyskiwać równowagę wewnętrzną i spokój.Wyjechałam na narty żeby odpocząć .Z cudownym poczuciem że dobrze mi samej.I tam go poznałam….Swojego oprawcę!Od pierwszej chwili nie odstępował mnie na krok.Nawet na stoku nie dawał mi spokoju.Nie zrobił wcale na mnie dobrego wrażenia.Wręcz przeciwnie.Uznałam go za totalnego buraka:)
To był 9ty kwietnia.Po tygodniu był już w moim mieście.Jak się okazało dzień wcześniej zaliczył inną koleżankę z poprzedniego wyjazdu narciarskiego ale wtedy to zupełnie nie miało dla mnie znaczenia.Okazał się cudownym kochankiem.I to mnie przekonało bo mój eksmąż niewiele miał do zaoferowania w tym temacie;)
Potem kwiaty ,kolacje,prezenty itd….Okazało się że ma żonę i wspólnie prowadzą firmę.Ale byłam już wystarczająco zaślepiona.Po miesiącu mieszkał już w moim domu.Dojeżdżał do firmy 260km dziennie.Jakże czułam się wyjątkowa…To wszystko dla mnie…Wyłożył kasę na stół,stworzył złudne poczucie bezpieczeństwa.Był dla mnie cudowny.Po niedługim czasie poznałam jego 5cioletnią córeczkę.Słodka dziewczynka z którą mam świetny kontakt.
Potem okazało się że od 6ciu lat co tydzień jest u psychologa,leczył się również psychiatrycznie,matka ma schizofrenię.Nadal niczego nie podejrzewałam.Zaczęły się imprezy,kluby,wyjazdy….Był strasznie zazdrosny.Moja praca łączyła się z ciagłymi wyjazdami.Zrezygnowałam dla niego z zagranicznego kontraktu bo przecież zapewniał że wszystko mam.Wszystko i nic…
Rozwiódł się.Dla mnie:)Bo przecież byłam najlepsza na świecie:))))
Zmanipulował mnie na tyle że pojawiające się coraz częściej problemy były bez znaczenia.Doszło dużo alkoholu,kłotnie o moich przyjaciół.Bo każdy mój kolega to na pewno chce mnie przelecieć!Kontrole telefonu.Rozbicie go na miazgę po tym jak nie mógł odblokować.Najgorszy był moment kiedy wyrzucił z mojego domu moich przyjaciół dlatego że chłopak mojej przyjaaciółki jest czarnoskóry.Chciał zniszczyć mój instrument za kilkadziesiąt tysięcy złotych.
Po ataku szału płacz że ma tylko mnie,żebym go nie zostawiała…Zmiękłam….Potem było tylko gorzej.W pewnym momencie nawet paznokcie malowałam na kolor jaki wybrał.Zostałam bez znajomych.Odsunęli się ode mnie.Wyprowadziłam się do jego miasta.i wtedy już mnie miał w garści.Nie miałam nikogo.On zaczął się nudzić.Ja zrobiłam się zazdrosna bo coraz mniej czasu miał dla mnie.Czułam się nikim bez niego.Bałam się że mnie zostawi.zaczął się horror.Czułam że jest już nowa ofiara.Przez tydzień nic nie jadłam.Schudłam 6kg.Nie byłam w stanie pracować.Pytałam czy ma kogoś to odejdę.Zaprzeczał.Gość bez honoru…Założyłam mu podsłuch w aucie.Wystarczyły 2 dni nagrań.ni wiem jak długo to trwało..Ale spędził z nią weekend w hotelu.Codziennie rano wstawał o 5tej żeby jechać do nie na sex.Oczywiście zupełnie mu nie przeszkadzało sypiać ze mną.
Rzuciłam się na niego wściekła ,kiedyś trenowałam boks więc miałam okazję live sprawdzić czy pamiętam jak się bije pięściami.
Kiedyś mnie już uderzył w twarz i podbił oko za to że rozmawiałam z obcym facetem!
Była policja,szarpanina,wyzwiska itd…Uciekł…Ja zaczęłam pakować swoje rzeczy.Wyprowadziłam się od razu.I dochodzę do siebie..Wiem że będzie tylko lepiej.
Drogie Panie!
Nie dajcie się nabrać na bukirty kwiatów,czułe słówka i zapewnienia o swojej wyjątowości.To tylko gra….Finał jest bardzo bolesny dla naszej psychiki.I nigdy nie rezygnujcie z siebie!
On jest jak trujący bluszcz.Jestem szczęśliwa że udało mi się od niego uwolnić.
Joanna

czego życie Was nauczylo?

czego życie Was nauczylo? 
zastnawialam sie co z tego chcialabym przekazac np.:dzieciom
zebralam z pewnej dyskusji w sieci kilka fajnych, smiesznych uwag, niektore zmodyfikowalam albo dodalam od siebie… troche sieczka ale moze komus zechce sie przyczytac i dodac cos od siebie?

Zycie nauczylo mnie znosic bol fizyczny, 
byc odporna na chamstwo,
nie ufac zbytnio ludziom, 
nie narzucac sie ludziom, ktorzy mnie nie chca
nie byc niesmiala, 
nauczylo mnie ze jezykow obcych trzeba sie uczyc bo sa potrzebne,
tolerancji wobec innych, 
nie byc perfekcjonistka,
nie plakac, gdy upadne, 
nie smiac sie z sasiadow,
przeklinac…, 
nie bac sie ciemnosci i pajakow,
pomagac mamie,
powstrzymywac apetyt, 
nie gadac za duzo – szczegolnie co slina na jezyk przyniesie 
cieszyc sie, poki jest z czego – choc nawet nie ma za wiele -
nie bac sie obcych 
wierzyc w swoje marzenia 
ze NIE JESTEM GORSZA od innych 
nie szukac prawdy w zyciu na sile…
Że ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy… 
że należy dążyć do tego czego pragniemy, ale nie zawsze za wszelką cenę[odrobina rozsadku jest dobra!]… 
ze nigdy nie wiemy, co czeka nas za rogiem, jutro, za chwilę… zycie od jutra moze wygladac zupelnie inaczej…
Że wszystko co w życiu sie osiąga, jest efektem ciężkiej pracy i czasem odrobiny szczescia
że nie wolno się bać życia i trzeba próbować realizować swoje marzenia.

Ryzykować i mylić się czasem,bo uczymy się tylko na własnych błędach. 
Nikt za nas nie przeżyje naszego życia, ani mama ani facet, to my musimy to zrobić…
Odkryłam, że świat składa się z takich samych ludzi jak ja-każdy się boi, ma kompleksy, pragnie miłości i akceptacji. Nie jestem ani lepsza ani gorsza od nikogo…

Pewność siebie ułatwia życie i trzeba ją usilnie w sobie budować nawet jak jest się chorobliwie nieśmiałym i zakompleksionym…
Ja się nauczyłam jednej naprawdę bezcennej rzeczy – jak bardzo warto jest uśmiechać się i gadać do ludzi. Nawiązywać kontakty, wchodzić w pogaduchy w każdej sytuacji życiowej, w pracy, w urzędzie, w taksówce, w sklepie, siłowni i tak dalej. I to nie ważne, co się mówi, i to nie ważne, jak ludzie reagują, bo mogą w pierwszej chwili spojrzeć bykiem, to ZAWSZE popłaca. Bo drugim razem to oni zagadają. Być miłym, uśmiechniętym i wchodzącym w relacje. To się po prostu opłaca. I nie zastanawiać się bez przerwy, jak jestem odbierana, czy nie palnęłam głupstwa itd. Nawiązywanie kontaktów ZAWSZE wychodzi na dobre i ludzie odbierają pozytywnie kogoś, kto się uśmiechnie i zagada. Gdy sie nie odzywasz, nie poznaja cie i oceniaja wg wlasnej skali, niesmiali, malomowni ludzie sa czesto oceniani bardzo negatywnie, czasem wrecz odbierani jako wrogowie. 
Poza tym życie nauczyło mnie że nie ma co tragizować, jak się dzieje coś złego, bo zycie ma swoja wewnętrzną logikę i czasami coś się kończy, żeby coś innego mogło się zacząć. I że jest nieprzewidywalne, więc nie ma co się martwić na zapas ani snuć scenariuszy.
Obawiam się, że poza tym życie nauczyło mnie raczej wielu negatywnych odruchow. Np.: być friendly, uśmiechać się i mieć zaprzyjaźnionych ludzi wszędzie – to jedno; wpuścić kogoś za próg własnej prywatności – to drugie i nalezy to rozgraniczyc.

zycie nauczylo mnie ze do chamstwa i cwaniactwa nalezy sie nie zblizac,a jak juz sie zdarzy to odpowiadać tym samym bo inaczej stoi sie na przegranej pozycji.
Nauczylo mnie tez że najbardziej teskni sie za tym co juz jest nie do odzyskania, 
Ze ludzie olewaja nas do czasu kiedy cos od nas potrzebują. 
Ze w trudnych chwilach najgłupszą rzecza jest sie użalać nad sobą a mimo to ciężko jest tego nie robić. 
Ze zemsta za dawne krzywdy jest bardzo przyjemna chwilowo ale po pewnym czasie to uczucie niszczy nas samych, wiec lepiej po prostu odpuscic i odciac sie od tego.
ze nalezy szukac kogo podobnego do siebie, nie przeciwienstwa!! Na poczatku innosc pociaga, pozniej jest zrodlem problemow…
ze nie warto wiazac sie z super towarzyskim macho, blyszczacym w swiecie, udany zwiazek bedzie udany gdy facet jest spokojny, cieply, wrazliwy, ale przy tym silny i opiekunczy
Sluchac tylko siebie i wewnetrznego glosu(oraz mamy! :P)
walczyc o swoje marzenia
Kochac na calego i zatracac sie w tym uczuciu bo tylko wtedy milosc daje szczescie… 
Zawsze miec swoje pasje i zainteresowania, nie zapominac o nich nawet gdy np domowych obowiazkow jest za wiele
Nigdy nie obgadywac innych, bo to ZAWSZE sie wyda
a pokory życie uczy mnie dzien w dzien…

zebrała Lydka

Nigdy więcej nie będę kochanką

Kochanki…

Tekst może być chaotyczny, za co przepraszam..

Kiedyś, jeszcze na początki mojej znajomości z M, przeszukiwałam internet, wpisując frazę  jestem kochanką, i to właśnie sprowadziło mnie na tą grupę. Po przeczytaniu historii Median, która idealnie wpisała się w sytuację w jakiej byłam postanowiłam napisać.

Nie mam zamiaru się tłumaczy z tego co zrobiłam, ale wierzcie mi konsekwencje ponoszę do dziś, chcę tylko napisać coś co być może otworzy Wam oczy tak jak mi otworzyło.

M poznałam.. w sumie to nie ma większego znaczenia jak. Ważniejsze w tej historii jest to, że od początku wiedziałam a może byłam świadoma tego, że ma kogoś. Był/ Jest starszy ode mnie, więc mój jeszcze wtedy trzeźwy rozmów, podpowiadał mi to, że taki przystojny facet na pewno nie jest sam. Zignorowałam ten głos w mojej głowie.

Zaczęło się zwyczajnie, zwykłe rozmowy początkowo bez podtekstów, uśmiechy, żarty. Wiecie jak to jest kiedy ktoś was zauważy a wcześniej nikt tego nie zrobił, czujecie się lepsze, samoocena skacze Wam do góry, bo Was zauważył.

On sam nigdy nie wspomniał, że ma żonę ale to samo w luźnej rozmowie ze znajomym wyszło. W głowie pojawiło się czerwone światło. Pamiętam, ze wtedy postanowiłam Go unikać a im bardziej się od niego oddalałam tym on bardziej się zbliżał, tym więcej o nim myślałam, wydawał się jeszcze bardziej atrakcyjniejszy i koniec końców  z pełną świadomością wróciłam do tej znajomości.

Było cudownie, mówił mi, że jestem piękna, wyjątkowo, że nigdy z nikim mu się tak dobrze nie rozmawiało, że tęskni za mną, że nikt go tak nie rozumie jak ja.

Wtedy był dla mnie ideałem, kompletnie zapomniałam o tym, że gdzieś tam na niego czeka rodzina, liczyłam się tylko ja i on.

Spotkaliśmy się po raz pierwszy, mimo stresu spotkanie było cudownie, a pocałunek na koniec jak z filmu. Ale kiedy odstawił mnie od domu, po raz pierwszy pomyślałam, jak źle się z tym czuje, że ja w nocy będę sama a on, on wraca do ciepłego domu z żoną w łóżku.

Rano jednak, wyrzuty odeszły, ważniejszy stał się on. Spotkania nasilały się, SMS stawały się coraz bardziej uczuciowe i pikantniejsze, zauroczona Nim i tym jaki był, przespałam się z nim. Czy było super? Nie powiem.

Ważniejsze jest co stało się potem… Tak SMS przybrały na rzadkości, rozmowy zwłaszcza, a o spotkaniach nie było mowy. Wiecie borok był tak bardzo zapracowany.

Jak głupia walczyłam o jego uwagę, pragnęłam tak bardzo jego bliskości, pocałunku czy nawet dotyku, ale jako mistrz wymyślaniu wymówek, zawsze jakąś znajdywał.

I jednego dnia spotkałam M z żoną na zakupach i to był jak strzał w serce, zdałam sobie sprawę co zrobiłam, i jak nisko upadłam, ale co ważniejsze co on ze mną zrobił. Zerwałam z nim kontakt co wcale nie było takie trudne, w końcu facet dostał to czego szukał, młodą dupę i darmowy seks. Wyjechałam kontynuować studia do innego miasta i teraz postanowiłam podzielić się z Wami moją historią. Bo choć minęło kilka miesięcy ja w ciąż nie mogę uwierzyć, że dałam się tak zmanipulować staremu facetowi, który takie bajki zapowiada tak wielu kobietom na śniadanie.

Płacę za to do dziś, samoocenę która była wysoka spadła do zera, stan psychiczny po takim rozstaniu tez nie jest najlepszy. Pewnie wiele osób teraz powie, sama sobie na to zasłużyła- może tak być, ale ktoś kto kiedykolwiek był/ jest kochanką nigdy tak nie powie, bo doskonale wie, jak stan wtedy opętuje człowieka, i jak wszystko przestaje istnieć, liczy się tylko ON.

Dziewczyny.

Mam świadomość, że każdy musi sam się sparzyć, wiele z Was pewnie myśli, że Twoja historia jest inna. Powiem Ci coś, każda historia jest taka sama, bohaterowie są inni ale historia wraz z zakończeniem nie zmienna.

Jeśli on ma inne życie, a Ty jesteś tylko tą trzecią, to on NIGDY nię będzie Twój NIGDY. Może Ci obiecywać rozwód, ale jeśli nie zrobi tego za pierwszym razem to nie zrobi tego nigdy. No bo po co przecież ma się dobrze z żoną, ma codziennie ciepły obiad, ma gdzie mieszkać, nie musi się martwić a TY, Ty jesteś tylko do podniesienia jego samooceny i dla seksu, który z żona już nie jest taki jak kiedyś..

Ja dałam radę i wierzę, że każda z Was da radę, bo mimo wszystko mamy ogromną siłę.

Życzę Tobie, żebyś znalazła w sobie siłę do ucieczki, bo nie ma co czekać, TEN dzień który Ci obiecuje nigdy nie nadejdzie a Ty tylko zmarnujesz najlepsze lata swojego życia.

Uwierz mi TA GRA NIE JEST TEGO WARTA!

A co z M- jak to co,  im zawsze się upieka.

Żyje ma się dobrze, pewnie wyrywa kolejne naiwne dziewczyny, a po ciężkiej pracy pewnie wraca do domu gdzie czeka na niego żona z ciepłym obiadem..

PannaNiewiadoma

Odkryłam zdradę

Hej.
Od 17 lipca 2016 roku moje życie jak większości kobiet stanęło.
Po 23 latach małżeństwa i 24 latach związku odkryłam zdradę.
Wyszłam za mąż jako 20 latka, z dużej miłości, on zakochał się we mnie, zwariował na moim punkcie, ja pokochałam, za dobroć, troskę.
Kiedy doszedł seks, świat wirował, było lepiej niż w książkach.
Oczywiście były różne problemy, ale zawsze razem, zawsze kochający się.
Mamy 2 synów, pierwszy po 6 latach małżeństwa obecnie ma 17 lat, drugi ma 10 lat.
Układało się dobrze według mnie i wszystkich znajomych.
Jeszcze w zeszłe wakacje dostawałam piękne smsy, te po wspólnych chwilach, te dotyczące urodzin w stylu „Bez Ciebie nie ma mnie”. ” Żyję tylko po to by być przy Tobie”. Starał się, i ja również.
Od października 2015 coś mu odwaliło, robił się bardzo chamski, mniej zajmował się wszystkim,
wyniósł się z sypialni do młodszego syna tłumacząc, że mu zimno. Wyjeżdżał na szkolenia, na nocne prace.
Całe moje ciało krzyczało, że jest fatalnie, ale umysł tłumaczył, 45 lat dla faceta to trudny okres, może ma depresje, nie dbał o siebie jakoś bardziej, często siedział z telefonem w ręku i przeglądał, jak zaglądałam strony sportowe.
Aż poleciał na rzekome szkolenie 9 lipca 2016 jak wrócił, był pod wpływem czegoś, jakiegoś środka chemicznego, który z pewnością dała mu szmata, przed powrotem do domu, bo bał się bardzo.
Gadał tak niedorzecznie, że w mózgu jak w kokpicie samolotu zapaliły się wszystkie lampki. Rano odkryłam dalszy ciąg, znalazłam paszport, jej profile społecznościowe.
Pytałam z kim był? Powiedział, że mam urojenia, że zawsze go podejrzewałam, że po co mi to teraz było? Po co teraz? I ze strachu uciekł, jak tchórz.
Zmieniłam zamki. ( Wyszedł tak jak stał, na moje i dzieci szczęście wszystko jest na mnie) Jemu prawnie nie należy się nawet szczoteczka do zębów.
Maż miał zawsze trudny charakter, który mi akurat odpowiadał, też nie mam łatwego. Ale on nigdy nie maił, żadnych znajomych, z nikim ze swojej rodziny nie utrzymywał kontaktu, nikogo nie lubił.
Byłam przekonana, że pobiegł szczęśliwy do niej, wreszcie wolny, nie musi kłamać.
Ale on większość czasu spędza u mojego szwagra na placu śpiąc w aucie.
Do mnie docierają coraz boleśniejsze informacje, że bzykał ją w moim domu.
Że wszystkie rzekome szkolenia, wyjścia na mecz, spędzał z nią nad morzem i w innych miejscach.
Zawsze cenił prawdę, tępił najmniejsze kłamstwo u dzieci. Nigdy nie pił, ani nie stosował używek, nie lubił ludzi, dyskotek, wyjść. Nienawidził upałów, lało się z niego i ledwo oddychał. Teraz przerabiał to wszystko z 11 lat młodszą dupą. Choć ona wygląda na starszą od nas, bo tryb życia bardzo zaorał jej twarz.
Boli to bardzo, płaczę, wyję, zapisałam się na terapię, nie umie tego ogarnąć.
On nie kontaktuje się, przy próbie rozmowy przez telefon, wyzwał mnie od psychopatki, że nie ma ze mną żadnych miłych wspomnień, że popełni samobójstwo, i że zniszczyłam mu życie na podstawie zdjęć z którymi on nic nie ma wspólnego.
Szwagrowi, kłamie nadal, że był na szkoleniach, a ja mam chorą psychikę, zwykłym robotnikom na placu szwagra chwalił się nią, że ona ekstra tańczy, że jest bardzo droga w utrzymaniu, szpilki, drinki itp.
Załatwiłam oficjalne pisma z firm, że nigdy nie był na żadnym szkoleniu, jak mu wysłałam przestał się całkiem ze mną kontaktować.
Nie rozumie, czemu po tylu latach wspólnego życia, jego ciężkich chorobach gdzie dziękował mi przy każdych świętach, za uratowanie.
Nie rozumie jak można po tylu wspólnych cudownych, roześmianych latach wspólnego, życia, po takich mocnych wartościach jakie reprezentował i wyznawał, zachowuje się jak żul.
Nie rozmówi się ze mną i z dziecmi?
Dlaczego ona go nie chce?
Ona jest po rozwodzie.
Ona pewnie się tylko z nim bawiła…
On jest w niej zakochany, zabujany, opętany na zabój…
Jak przetrwać?
Jak znaleźć siłę?
Jak zaakceptować to co się wydarzyło, przecież to się nikomu w głowie nie chce zmieścić. Od 17 lipca do dnia dzisiejszego zachowuje się jak nienormalny, chodzi cięgle mówi, że nie ma co jeść, pisze takie smsy do młodszego syna. A my wiemy, że chodzi na siłownie, głównie żeby się wykąpać, oddaje ubrania do pralni, kupuje nowe ubrania, więc chyba ma na jedzenie.
Boże jakie to dziwne, tak dalekie od tego co zawsze mówił, myślał i czuł.
Serio zdrada to jedno, wiem, że facetom w tym wieku wali, ale on zawsze od najmłodszych lat potępiał, gdy przyszedł po pomoc ktoś zdradzający odmawiał, piętnował takie zachowania.
Ale to jestem w stanie zrozumieć, ot słabość ludzka, tym bardziej, że owa ona reprezentuje poziom hosstesy ful serwis i pewnie nie musiał się nawet starać. Kupił sobie u niej seks, akceptacje, choć on chyba tego nie rozumie.
Ale cala otoczka dookoła, to życie w kłamstwie, to jego niskie zachowanie teraz, tego nie ogarniam…
 
Pozdrawiam Serdecznie.
Agnieszka

Jesteś szczęśliwa?

tak

Ja również byłam kochanką

Hej

chciałam przedstawić swoją historię, bo choć podjęłam ostateczną decyzję o rozstaniu, to mimo tego cierpię, jest mi żal, czuję się żałosna i potrzebuję zwyczajnego wsparcia i potwierdzenia słuszności mojej decyzji, ochrzanu, czegokolwiek, byleby tylko trwać w postanowieniu i mieć wiarę w przyszłość, że uda mi się zapomnieć i odmienić swoje życie .. :(

Moja historia jest podobna do innych. Jestem mężatką od kilkunastu lat, dwójka dzieci… Małżeństwo, jak małżeństwo, rutyna, pośpiech, brak rozmowy, standard, oboje w którymś momencie przestaliśmy postrzegać siebie w kategoriach kobieta-mężczyzna.
Cztery lata temu zaprzyjaźniłam się z kolegą z pracy, najpierw było zwykłe „cześć” na korytarzu, potem kawa w porze lunchu, potem kawa po pracy – jedna, druga, trzecia, potem domyślacie się co było dalej. Z jednej strony opierałam się, bo wyrzuty sumienia, z drugiej byłam ciekawa, jak to jest być z innym facetem. Tym bardziej, że ON patrzył na mnie tak, że robiło mi się gorąco :) No i nawet się nie spostrzegłam, jak się zaangażowałam fizycznie i psychicznie. Prawił mi tysiące komplementów, byłam piękna, mądra, zaradna, gospodarna, potrafiłam świetnie gotować (nie to co żona), kupował mi prezenty z okazji urodzin, świąt – takie jakie zawsze chciałam dostawać. Dosłownie byłam w euforii, przeżywałam drugą młodość, czułam się wreszcie jak spełniona, atrakcyjna kobieta…

Po jakimś czasie okazało się, że ON i żona starają się o dziecko. Szok, próbowałam się odsunąć. Unikałam kontaktów fizycznych, widywaliśmy się praktycznie tylko w pracy, ale rozmowy dalej kwitły, dalej byłam boska, seksowna i wspaniała, mówił że jest ode mnie uzależniony,  zachęcał do dalszych spotkań, a ja nie umiałam się odciąć…:(

Nie umiałam powiedzieć dość, choć pogrążałam się stopniowo w depresji. Miałam wrażenie, że rozumie mnie jak nikt inny, że z nikim nie będzie mi tak dobrze i cierpiałam, że nie mogę go mieć, bo przecież nie mogę się nawet z nim spotykać, bo przecież stara się o dziecko. W tym czasie moje małżeństwo zaczęłam postrzegać jako totalne fiasko. Zero porozumienia, seks z  mężem przestał mnie interesować, bo przecież dla mnie liczył się tylko ON. Nikt inny nie był przecież tak wspaniały, wyrozumiały.

Rok temu ON mnie pożegnał, zmienił pracę, kontakt zaczął się urywać. Nagle przestał mieć dla mnie czas na rozmowy, na spotkania – na zwykłe pogaduchy. Na początku widywaliśmy się regularnie, potem on stwierdził, że musi sobie życie domowe poukładać, ale że chce być ze mną w kontakcie, bo lubi mnie, ceni i uwielbia ze mną gadać (dobre sobie). Nagle okazało się, że przecież w życiu małżeńskim było mu bardzo dobrze, że on nie rozumie dlaczego zbłądził, ale pragnie się ze mną przyjaźnić, bo zawsze będzie moim przyjacielem. A ja oczywiście uwierzyłam i przez rok brnęłam w to bagno, bo chciałam być jego przyjaciółką. Cały czas z komórką w ręce czekałam na jakikolwiek telefon, na maila. Oczywiście maile były regularne, ale rozmowy telefoniczne, czy spotkania już nie. Na to nigdy nie było czasu. A ja usilnie pracowałam nad sobą, bo chciałam być w porządku, chciałam nie być zazdrosna o jego żonę, plany, znajomych, dla których zawsze miał czas, a ja byłam na szarym końcu… Chciałam być wyrozumiała…

Zaczęło mi przeszkadzać to mailowanie, bo chciałam i potrzebowałam normalnej rozmowy, takiej jak kiedyś. Pewnie po cichu liczyłam też na to, że do mnie wróci, że powie jakiś komplement i będzie jak kiedyś, że zapełni pustkę w moim życiu.

Nasze rozmowy telefoniczne czy spotkania na kawie wyglądały tak, że zazwyczaj po 5 minutach rozmowy stwierdzał, że musi kończyć, bo praca, obowiązki.

Spotkania wyglądały tak samo, ja sobie rezerwowałam wolny wieczór, a ON po godzinie rozmowy stwierdzał, że nie ma czasu i musi już lecieć i że przyjaźń nie polega na tym, żeby tyle ze sobą rozmawiać.

No cóż, starałam się wziąć w garść, zaczęłam ćwiczyć, spotykać się ze znajomymi, zajmować czymś czas. Mam oczywiście rodzinę, której na szczęście nigdy nie zaniedbywałam. Zaczęło mi się trochę układać w głowie. Kilka razy próbowałam zerwać ostatecznie tą znajomość (dodam oczywiście, ze ON jest bardzo „wyrozumiały” dla mojej słabości tzn. do tego, że się w nim zakochałam i jestem tak do niego przywiązana i oczywiście nie może mi zabronić tego ostatecznego kroku, jakim jest zerwanie znajomości, bo bardzo mnie ceni). Próbowałam zerwać i w duchu prosiłam, modliłam się, żeby ON poprosił mnie, żebym jednak została, że będzie jak dawniej (wiem, że to naiwne i wtedy też to wiedziałam, ale nałóg robi swoje).

Wreszcie zrobiłam podsumowanie plusów i minusów tej znajomości i odkryłam, że żyję złudzeniami, że traci na tym moje zdrowie, moje małżeństwo, moja przyszłość, moja natura. Przecież ja taka nie jestem! Nie jestem na co dzień uległa, przecież nigdy nie biegałam za żadnym facetem! Co ja robię najlepszego? ON kwitnie, żyje, planuje przyszłość i chwali się tym przede mną, wiedząc że cierpię, a ja zachowuję się jak wycieraczka, ba, gotowa jestem nią być i to  za co? za kilka miłych i ciepłych słów rzuconych od czasu do czasu?

Podjęłam w zeszłym tygodniu decyzję, że kończę z tym. Spotkaliśmy się, ja powiedziałam co myślę. Oczywiście ON nie miał zbyt dużo czasu, więc „rozmowę” musieliśmy dokończyć na maila, która praktycznie ciągnęła się do wczoraj. Wczoraj jeszcze pisaliśmy, ja chciałam zakończyć wszystkie mailowe tematy i potem się ostatecznie pożegnać, kulturalnie, bez gniewu i pretensji. ON obiecał mi, że dziś to zrobimy. Milczy praktycznie od rana. Około południa napisałam mu, że chciałabym jednak dokończyć te tematy, ale jeśli się nie uda, to życzę mu wszystkiego dobrego, ponieważ wieczorem już mnie nie będzie.

A co ON na to? że prawdopodobnie odpowie, ale najpierw musi odpocząć. Wiecie co? Nie mogłam wprost uwierzyć, poczułam się jak ściera. Jak można twierdzić, że jest się czyimś przyjacielem i nawet nie umieć się kulturalnie pożegnać? Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem.
A najgorsze jest to, że nie rozumiem siebie, czuję się jak idiotka….Wpadłam w nałóg…. Jak to się stało?? Dziewczyny kopnijcie mnie w tyłek, żebym wytrwała, zapomniała, nie dała mu się znowu omamić. Nie chcę mieć z nim nic do czynienia. Wiem, że długa droga przede mną, bo najpierw muszę uporać się z NIM, potem z sobą, a potem starać się coś zrobić z resztą mojego życia. Nie narzucam sobie dużych planów, chcę małymi kroczkami iść do przodu, ale potrzebuję wsparcia. Czytam tego bloga od jakiegoś czasu, Wasze rady i dzięki nim czuję się choć troszkę silniejsza. Ale potrzebuję tego, żeby ktoś mnie „przeczytał” i mnie wsparł, zbeształ i dał kilka dobrych rad.
pozdrawiam
Pchełka

dla siebie

dla siebie

Jak narkotyku…

Witajcie

Nie wiem od czego zacząć. Nie mam siły nawet pisać ale nie mam do kogo się zwrócić. Jestem zupełnie sama z tym co mnie spotyka. Proszę nie lekceważcie mojego maila. Niech ktokolwiek odpisze mi cokolwiek chociaż.

Mam 29 lat. Od 6 lat pozostaje w związku z facetem-alkoholikiem i lekomanem (starszym ode mnie o 5 lat) który ma mnie gdzieś, nie kocha mnie (choć mówi zawsze że tak) nie szanuje i który notorycznie chce ode mnie odejść bo jak twierdzi ma już wszystkiego dość i ma wszystko gdzieś. Ja kocham go nad życie jestem od niego uzależniona z czego on doskonale zdaje sobie sprawę wykorzystując to. Znaliśmy się już wiele lat wcześniej (przez znajomych). Oczywiście podkochiwałam się w nim od momentu kiedy go zobaczyłam. 6 lat temu zostawił dla mnie żonę i syna twierdząc że również od początku pała do mnie miłością. Prowadziłam wówczas bogate życie towarzyskie, nie stroniąc przy tym od wszelakich używek. Byłam dziewczyną radosną lubianą towarzyską żyjącą pełnią życia – chwilą można by rzec i nie planowałam się z nikim wiązać. Ale gdy ‘’on’’ się odezwał i zechciał ze mną być no to było spełnienie moich odwiecznych marzeń (jeszcze nastoletnich). Zawierzyłam mu całkowicie oddając swoją duszę i ciało. Liczył się tylko on (no wiecie był tym brakującym elementem układanki). Był wówczas ideałem jakiego nieświadomie szukałam i potrzebowałam. Kochał mnie, seks nie był dla niego najważniejszy lecz był wynikiem uczucia, dobry, pomocny i tak dalej i tak dalej. Chyba nie muszę dodawać że ze wszystkich moich znajomych przyjaciół pozostał jedynie popiół. Wiadomo ‘’on’’ bywał zazdrosny ja też stopniowo izolowałam się od towarzystwa ludzi pragnąc jedynie jego. Przeprowadziłam się do jego miejscowości i tak po moim ‘’poprzednim życiu’’ pozostało jedynie wspomnienie. Tak samo zresztą jak wspomnienie mnie samej. Dziś ta większa połowa mnie to jedynie nędzny wrak człowieka. A teraz przejdźmy do chwili obecnej.

Pracujemy w jednej firmie, oboje fizycznie (ja też choć mam wykształcenie wyższe). Standardowy dzień wygląda tak ze po pracy on spędza czas przy komputerze grając (od tego też jest uzależniony) a ja spędzam czas w swej samotności a to pooglądam telewizje poczytam ale wiem że on jest za ścianą i jestem ‘’spokojna’’. Jakieś 2 lata temu odkryłam również że jest uzależniony od filmów pornograficznych (czego skrzętnie się wypiera i wszystko ukrywa). Sprzątaniem całego domu zajmuję się ja, zakupami obiadem też (‘’on’’ czasami coś ugotuje). Pozostajemy w związku nieformalnym, dzieci nie mamy, mieszkanie wynajmujemy. Nie zarabiamy dużo więc niejednokrotnie aby przeżyć braliśmy wiele kredytów-pożyczek. Ja na swoje nazwisko też mam kilka. Długi robią się przede wszystkim od dużej ilości kasy jaka idzie na alkohol i leki. Najbardziej boję się tego że on ode mnie odejdzie tak na dobre – że nie uda mi się go zatrzymać siłą. Wiele razy mi się udawało (‘’on’’ dzwonił nawet na policję że przetrzymuje go w domu).  Niejednokrotnie jednak znikał pijany z domu nie odbierał telefonu i wracał dopiero w południe następnego dnia. Ja w tym czasie całą noc płakałam, miałam napady stanów lękowych. Brałam wtedy środki uspokajające przepisane przez psychiatrę albo sama próbowałam znieczulić się wódką (niestety brak dostępu do innych używek) – choć to wszystko tak naprawdę nie pomagało. Potrzebowałam jego – dokładnie tak jak narkotyku. Nie mam pojęcia co robi kiedy znika i z kim jest. Ale jestem przekonana że mnie zdradza. Bóg mi świadkiem jak bardzo chciałabym to wiedzieć – to kim ona lub one są. Dziś jest jeden z takich dni kiedy on za chwile wróci a ja muszę zrobić wszystko żeby mnie nie zostawił. Pewnie będę go przepraszać błagać. Dodam tylko że z pomocy specjalistów już korzystałam i to wielu. Z grup wsparcia też. Każdy mówi jedno – odejść. Ale nikt nie rozumie.

Nigdy nie słyszę od niego niczego dobrego. Życie z tym kimś to udręka. Na porządku dziennym są wyzwiska, słowa typu spierdalaj, wal się. Każe mi wracać do moich byłych partnerów lub do mojej rodziny. Bez problemu przychodzi mu dawać mi wybór on albo rodzina. Ostatnio stało się coś czego zarzekałam się przed sobą samą że mu nie wybaczę – obrażanie zmarłej bliskiej mi osoby. Dziś zrobił to z tak ogromną radością a ja płakałam, Myślicie że potrafiłam powiedzieć sobie w tym momencie dosyć? NIE. Usłyszałam jeszcze od niego że jak mi coś nie pasuje to mogę odejść. Nie mam już szacunku do siebie samej przez to że nie potrafię odejść że godzę się na takie traktowanie, na przemoc psychiczną i fizyczną. Tak dobrze przeczytaliście – fizyczna też jest. Ale fizyczna jest o wiele lepsza do zniesienia niż ta druga.

Teraz znacie już moje życie. Nie mam już sił naprawdę uwierzcie. Przeżywam skrajne emocje, uczucia raz pragnąc aby on umarł, innym razem myśląc o swoim samobójstwie.

Niech ktoś odpowie.

Proszę.

Larissa

Znajdź kilka minut…

chwila

Dwa listy – jak przez kalkę.

Dzień po dniu przyszły do nas dwa listy. Pozwalam sobie opublikować je w jednym wątku, ponieważ są bardzo do siebie podobne, zupełnie jakby napisano je przez kalkę. Vena.

 

Czy warto sie mscic na kochanku?

Witam dziewczyny,

prosze o porade, bo odchodze od zmyslow. Przez 5 lat mialam kochanka, on zonaty, ja mezatka. Nie oceniajcie mnie, bo to nie tak mialo byc. W planach mial byc rozwod itp itd okazalo sie, ze zostalam okrutnie oklamana. W czasie kiedy ja niszczylam swoje malzenstwo, on najzwyczajniej w swiecie mnie klamal i wil gniazdko z zona.

Ostatnio mial operacje serca, zmienil stanowisko w pracy, stal sie bardzo zapracowany, bez czasu dla siebie ani dla nikogo innego. Kontakt byl prawie zerowy. Dla mnie to glupie wymowki byly i mialam racje. Stwierdzil, ze juz nie daje rady z tym cisnieniem z kazdej strony (zona go cisnie, ja go cisne, w pracy ma mnostwo nowych obowiazkow i zero czasu), w rezulacie odszedl. Zapytalam czy wybiera zone, odpowiedzial, ze wybiera siebie i natychmiast urwal kontakt, zero.

Probowal usunac naszego maila, ale zdazylam zmienic haslo i to zablokowac.

Porzucil mnie jak kawalek smiecia, a ja mu oddalam 5 lat zycia! Zablokowal mnie na wszystkich telefonach, portalach spolecznosciowych itp itd A co najgorsze, mowil mi jak wiele ma pracy, w piatek mnie porzucil a w weekend zabral zone i ich doroslego syna na wakacje nad morze na tydzien. Napewno bylo to planowane od dawna…

Chyba nie musze mowic jak sie wtedy poczulam, jeszcze bardziej oszukana, oklamana, jakbym nigdy w jego zycu nie istniala. A on zachowal sie jak tchorz i ostatnie scierwo.

Setki razy mowilam mu (gdy widzialam ze mowi co innego a robi co innego) ze jesli mu nie zalezy i chce odbudowac malzenstwo to zeby byl ze mna szczery i odszedl i dal mi byc szczesliwa w zyciu tez. Nie odszedl. Az tu nagle go nie ma.

Gdyby odszedl okazujac mi szacunek, przepraszajac ze to pomylka byla (5 letnia!) mysle ze nie rozpaczalabym tak bardzo. Ale w tych okolicznosciach, czuje ze nie jestem mu w stanie wybaczyc tego jak mnie potraktowal po 5 latach obiecywania wspolnego zycia.

W glowie mam mysli, zeby o wszytskim powiedziec jego zonie. Zona caly czas byla o cos podejrzliwa, ale on to doskonale maskowal. Mysle, ze chcialaby wiedziec i powinna sie dowiedziec by miec szanse zadecydowania czy chce z kims takim byc czy nie. Jesli sobie to poukladaja, no to juz ich sprawa. Ale nie chce aby ten oszust i swinia kroczyl sobie dumnie myslac ze potraktowal mnie jak smiecia, porzucil, a teraz bedzie udawal ze nic nigdy sie nie wydarzylo i chodzil caly dumny ze ja pary z ust nie puszcze. Nie szanowal mnie i nie zasluguje na moj szacunek. Nie zasluguje na to, aby byc z kimkolwiek bo jest zwyklym draniem i zona powinna wiedziec kogo ma pod dachem.

Dziewczyny, prosze, poradzcie mi co zrobic. Ja nie umiem tak po prostu przejsc obok tego objetnie. 5 cholernie dlugich lat, wypelnionych mnostwem nerow wi wyrzeczen DLA NIEGO. A teraz udawac ze nic nie bylo i patrzec jaki to jest szczesliwy? Nie moge.

BB

 

——————————————————————————————————————————————–

 

Zostawiona kochanka

 Poczytałam tutaj historii trochę. Moja niewiele rózni się od innych. 2 lata i 7 miesięcy „związku”-regularne spotkania, wspólne wyjazdy, wspólne odkrywania rzeczy nowych, nietypowych. Iobiecywanie, że odejdzie, że jestem jego królewną, sensem życia, zarzewiem, dla którego jest i oddycha…. I pewnego dnia usłyszałam: chcę, byś była szczęśliwa (!!!!). Żona miesiąc wcześniej dowiedziała się, że mąż ma romans. Mówił jej, że kocha mnie, że chce pomagać itp. Potem się rozmyślił. Jeszcze tydzień przed tym tekstem pisał jak to nie wyobraza sobie życia beze mnie, że w wizjach jestem ja. Stwierdził potem, że robi to wszytsko dla dzieci.

Został z żoną. Pewnie najbardziej nie mogę przeboleć odrzucenia, ale… Co jakiś czas dobija mnie świadomość, że moim kosztem naprawia swoje małżeństwo, na nowo scali rodzinę. Wkurza mnie świadomość, że był ze mną, teraz zaczął sypiać z żoną (może naiwne z mojej strony, ale wiem, że z żona nie sypiał od 2 lat- tam w ogóle zawsze małe były potrzeby) i jeszcze może realizować swoje pragnienia- kupno łódki i w ogóle wyjazd na żagle (wcześniej żona nie chciała- bo mało miejsca, brudno, niwygodnie itp.). WTF! Dlaczego nie poniesie żadnych konsekewncji?! Dlaczego zgarnia całą pulę, krzywdząc nie tylko mnie, ale i żonę cały czas.

Oczywiście żona nie wie o 3/4 rzeczy z naszego „związku”- nie wie o wyjazdach, co robiliśmy, co działo się dzięki mnie w jego domu (prezenty, które kupował czy też wreszcie „wprowadzenie” jego matki do ich rodziny-jego żona jej nie cierpiała i nawet osobno była zapraszana na urodziny wnuczki).

To przed czym się wzbraniam i hamuję, to tym by nie przesłać jej kopii listów, smsów, kt.do mnie pisał- pisał otwarcie, że nie kocha swojej żony).

:( Wariuję i cierpię. Wbijam szpile, zamieszczając na fb teksty, które mogą ich oboje podkurwić (wiem, że systematycznie zglądają.

Czego bym chciała? Żeby poniósł konsekwencje. Żeby cierpiał. Nie chcę „tykać” jego zony, ale nie wiem czy się powstrzymam i nie wyślę zdjęć z dwuznacznych sytuacji…:(

Nie chcę tego. I chcę. Nie chcę, by cierpieli. Ale chcę tego jednoczesnie.

Czuję się zeszmacona, wykorzystana, wyssana… A tak kochałam. I co najgorsze..kocham nieprzerwanie!

 Aconcagua

 

Jak wyjść z takiego stanu?

Czuję się potwornie samotna… To tak jakby świat i życie było gdzieś na drugiej wyspie, a ja zamknięta, oddzielona, wyobcowana….Nie mam z kim porozmawiać, a on zachowuje się tak, jakby mówił innym językiem. Szydzi ze mnie, myślę, że mnie nienawidzi. A mówi, że kocha, że jestem dla niego ważna…. Tylko, że nigdy nie ma dla mnie czasu. Żadnej inicjatywy. A moje bojkotuje. Nic mu się nie podoba. Cały czas na mnie wrzeszczy… Nie mogę tego znieść. Jestem słaba… poddaję się, bo dzieci, dom…. Wszystko ułożone.

Cały czas jestem sama. Dzieci mają swoje życie, poza tym nie mogę obarczać ich swoimi problemami. Duszę wszystko w sobie. Czasami, gdy już nie wytrzymuję wybucham. Jestem tak uzależniona od niego, że nic mi nie pomaga – ani terapia, ani warsztaty, ani lektura. Mam na myśli uzależnienie emocjonalne. Tak bardzo potrzebuję, żeby mi ktoś powiedział, że mnie kocha, że to, jaka jestem jest ok, że to, co robię jest ok. Sama nie potrafię, mimo terapii.
Finansowo jestem niezależna. Od wielu lat pracuję na dwa etaty- to chyba jeden z moich sposobów, by nie myśleć o problemach. Mam dwoje dzieci – córkę studentkę i syna gimnazjalistę. 

Teoretycznie bym sobie poradziła bez niego, tak myślę. Powstrzymuje mnie potworny strach, że nie dam rady i wtedy przyjdę do niego po pomoc albo, że i tak będę samotna….. że nic się nie zmieni. Strasznie się boję… ludzi, świata, życia bez niego. Może wy wiecie jak wyjść z takiego stanu?

Pozdrawiam wszystkich czytających 

Wiktoria

Czar prysł…

Witam, mam na imie Ania . Na początku Września poznałam chłopaka. Wszystko układało się dobrze. Byłam bardzo zaagażowana w tą znajomość, ponieważ ten chłopak już od dawna się mi podobał. po 1.5 msc napisał mi sms, że on jednak nie jest gotowy by sie angazować w cos. Było mi bardzo przykro. Po paru miesiącach kontakt Nam wrócił. Już bez żalu i  pretensji z mojej strony. Wyznał mi,że popelnil bład i bardzo mu na mnie zależy. Nie było mi to obojętne , to samo czułam. Bylo wspaniale. Po dlugim czasie bycia samą, znowu moglam poczuc sie szczesliwa. Nasz związek sie rozwijał. Poznalam jego rodzinę, on moja. Czar prysl, gdy moja miłosc nagle „ściągła maskę”. okazał sie zwyklym tchorzem,egoista,  dorosłym dzieciakiem bez kultury i jakichkolwiek zahamowań. Jednak kazdy czlowiek ma prawo do drugiej szansy. Oczywiście dałam mu ją.Zyłam ciagle nadzieja,że zrozumie jak bardzo go kocham i jak bardzo jest dla mnie waznym czlowekiem w moim zyciu. Ze nie potrafie bez niego zyc. Ze jest dla mmojego sercaa ostoją. Nadzieja matka głupich. kolejnej szansy nie wykorzystal. postanowilam sie z Nim rozstac. wytrzymalam 3 tyg bez niego. Ciagle myślałam o nim.Nie moglam normalnie funkcjonowac. Poprostu czułam pustke, ktora on wypelnial. Ja, jako, że bylam naiwna, znów do niego wrocilam. i znow bylo pieknie. Szkoda,że tym razem trwalo to jeszcze krocej. Z natury jestem spokojna osoba, jednak przyjmuje duza dawke hormonow i czasami potrafie krzyczec bez powodu. Jednak takie rzeczy powinny byc zrozumiale, dla osoby ktora sie kocha. Nasz zwiazek byl ciezki. Duzo płakalam, byłam obrazana i upokarzana. Stało sie nawet tak,że moj facet mnie uderzył. Choc dobrze wiedzial,że mialam ciezkie dziecinstwo i jest to dla mnie rzecz niewybaczalna. Ma wiele dobryc cech. Potrafi sie przyznac do winy, potrafi mnie rozsmieszyc, uwielbiam z Nim rozmawiac, choc ma ogromne ego, cenie go bardzo za szczerosc. Nie wytrzymalam, stwierdzilam,że znow tkwie w toksycznym zwiazku i musze sie z Niego uwolnic. Jestem nie cale 2 tyg po rozstaniu. Ciagle płacze, ze zostawilam kogos, kogo na prawde kocham.  Oddalam mu serce. Nie potrafie tak życ. Wydaje mi sie,że osoba ktora rani druga osobe, sama tak naprawde cierpi w srodku i potrzebuje pomocy. Nie mam nikogo tak bliskiego, zeby moc sie komus tak wygadac. Potrzebuje bardzo pomocy.. Wiec postanowilam napisac do Was. Jestem zrozpaczona. POMOCY.

Ania

Chcę uciec od tej toksycznej relacji

Witajcie,

pisze do Was bo potrzebuję porady? krytyki? kopa w tyłek? Sama nie wiem, tak że przeczytajcie proszę i zróbcie ze mną co chcecie, chętnie przeczytam każde zdanie…
W zeszłym roku wybrałam się na kurs prawa jazdy, tam poznałam mojego instruktora. Facet totalnie nie w moim typie, ale jak to z takimi bywa coś zaczęło mnie do niego ciągnąć. Dodam że jestem mężatką, on ma żonę i oboje mamy dzieci. Powinnam już wtedy wybić go sobie z głowy, ale podtrzymywałam tą znajomość. Widywaliśmy się od czasu do czasu, doszły pocałunki, coraz odważniejszy dotyk ale nie przespaliśmy się ze sobą. Kilka razy próbowałam zakończyć tę relację, kazałam mu się nie odzywać i potem sama znów się odzywałam. Nadal ze sobą rozmawiamy, nadal się widujemy chociaż mam wrażenie że gdyby nie ja, to wszystko dawno by się skończyło. Ja się zawsze pierwsza odzywam, proponuje spotkania a on tylko odpisuje albo umawia się ze mną. Czuję że spadła moja samoocena, że się od niego mocno uzależniłam. Praktycznie nie ma dnia żebym o nim nie myślała, kiedy mam się z nim zobaczyć jestem szczęśliwa, mam świetny humor, pragnę go. Momentami mam wrażenie że się zakochałam, a najgorsze jest to że chciałabym aby on choć trochę czuł to co ja. Niestety albo stety w ogóle tak nie jest. Raz jeden powiedział mi tylko że mu się podobam, żadnych deklaracji, komplementów, nic. To ja biegam za nim jak głupia, a on to pewnie świetnie wykorzystuje. Nie wiem jak uciec przed tą relacją…..Mam cudownego męża, który niestety mimo moich wielokrotnych próśb nie okazuje mi czułości, nie pożąda a seks stał się smutnym obowiązkiem. 
Nie chcę tego szukać poza domem, błagam pomóżcie jak mam się z tego wyplątać.

Laura 

Szczyptę miłości i kilogram zdrady poproszę…

Cześć, postanowiłam napisać tutaj bo moja sytuacja jest dość
         skomplikowana. Wszyscy twierdzą że dwa razy nie wchodzi się do
         tej samej wody, ja jednak na przekór wszystkim, w tajemnicy
         weszłam i chyba właśnie ta woda mnie zabiera gdzieś w stronę
         dna. Oczywiście tajemnica naszego spotykania dotyczyła
         wszystkich rodziny, znajomych. Mogli by mieć spory żal do mnie
         za danie drugiej szansy tej osobie,  bo doskonale wiedzieli kim
         ten człowiek jest. 
         Zacznę od początku poznaliśmy się 4 lata temu, ja miałam
         wtedy 21 lat on 25. Od samego początku było dość
         dziwnie,pierwsze spotkanie przebiegło miło i przyjemnie, na
         drugim spotkaniu pojechaliśmy na wycieczkę rowerową,
         niespodziewanie tego dnia poznałam połowę jego rodziny, wydało
         mi się to troszkę dziwne. Później było ok, gdybym wtedy
         miała go opisać to miły, troskliwy, czuły, zainteresowany
         mną, zabawny. Spędzaliśmy z sobą każdą moją wolna chwile,
         (studiowałam dziennie i pracowałam 
na pełny etat) więc czas miałam tylko wieczorami, często z tego powodu
nocowałam u niego, dużo rozmawialiśmy, było niby normalnie ale ten
facet coś w sobie miał. Hmmm wszystko jednak się zmieniło po 4
miesiącach ( 4 miesiące tak nie wiele a jednak, ja czułam że go
idealnie znam) aż nagle nasz kontakt zmienił się zaczęły się
kłótnie, przestał się mną interesować, stał się egoistą,
wieczorami gdy u niego nocowałam nigdy nie miał siły aby porozmawiać,
czułam że coś się zmieniło, zaczęłam 
dyskretnie się rozglądać czym jest spowodowane jego zachowanie.
Odkryłam zdrady, nie z jedną kobietą tylko z wieloma w tym jedną w
wieku 35 lat z dzieckiem, to chyba najbardziej mnie zabolało. Pojechałam
do niego powiedziałam mu kiedy, gdzie, z kim...patrzył zdziwiony.
Wyszłam jako szczęśliwa, pewna siebie kobieta.
          Później zaczeła się moja rozpacz, nie umiałam sobie z tym
          poradzić, brzydziłam się ta sytuacją, jedynie mówienie o tym
          przynosiło mi jakieś ukojenie, chciałam aby wszyscy wiedzieli
          jakim człowiekiem on jest i jak bawi się ludźmi. On wtedy mnie
          zauważył zaczął walczyć, nie chciałam z nim rozmawiać
          (każda jego wiadomość sprawiała mi ból). Najpierw pisał
          częściej, później coraz rzadziej. Trwało to przez 3 lata, a
          ja przez te 3 lata zasypiałam i budziłam się z jego imieniem,
          nie umiałam pokochać innego, tęskniłam za nim ale nie umiałam 
         mu   wybaczyć, nie potrafiłam. 
         Po tych 3 latach natrafiłam na jedno nasze wspólne zdjęcie,
         byliśmy na nim tacy szczęśliwi. Po tej sytuacji ze zdjęciem
         spotkaliśmy się, twierdził że się zmienił, że jest innym
         człowiekiem, spotykaliśmy się przez kolejne pół roku
         (oczywiście 3 miesiące były niesamowite, później znowu
         odkryłam tą samą 35 latkę , która teraz ma 40 lat, byłam
         zła wściekła, ale coś nie pozwalało mi odejść, pomimo że
         nie chciałam z nim już być ważne było dla mnie by mieć
         jakikolwiek kontakt z nim. Tylko że 
skumulowana moja złość, powodowała ciągłe kłótnie, wracanie do tego
co było...a on stawał się coraz bardziej obojętny, to jeszcze bardziej
mnie złościło. Urwaliśmy kontakt, pogodziłam się z tym, zajęłam
się swoim życiem, planami na przyszłość, ale wystarczyło jedno
spojrzenie na niego (przechodził koło mojej pracy) wszystko wróciło,
ręce zaczęły mi się trząść, serce waliło jak młotem, a łzy
cisnęły się do oczu, poprosiłam go aby nie pojawiał się w miejscach,
których wie że jestem, 
poinformowałam że nie długo wyjeżdżam z tego miasta więc to długo
nie potrwa, muszę tylko dokończyć swoje sprawy tu. Oczywiście nie
odpowiedział na wiadomość, w zasadzie pewnie pomyślał sobie kretynka,
co ona odemnie wymaga, ale skoro ja byłam tylko zabawką dla niego ,to
mógłby mi ułatwić wszystko, zwłaszcza że wie że pisze teraz
magisterkę. Od tej chwili gdy go zobaczyłam znowu ciężko mi, jestem
zła, na siebie na niego, czuje że się duszę, ale doskonale wiem że nie
chce z nim nigdy więcej 
być. Tylko jak go widzę wszystkie uczucia wracają, dlatego chce jak
najszybciej skończyć to co mnie tu trzyma i wyjechać do innego miasta,
zmienić otoczenie, ludzi i zacząć wszystko od zera. Bo tu zawsze
miejsca, ludzie, on sam będzie przypominał o tym co mi się przytrafiło
a uczucia prawdopodobnie będą powracać. 
         Chciałabym dodać że sama do końca tego wszystkiego nie
         rozumiem, bo jak można wiedzieć to wszystko co ja wiedziałam,
         wiedzieć jakim jest człowiekiem a jednak powrócić do tego, czy
         do końca życia ten człowiek będzie moją piętą Achillesową,
         która zawsze będzie mnie rzucać na kolana, odbierać rozum. Z
         głupkowatą nadzieją że ludzie się zmieniają...
P.S Chyba potrzebowałam po prostu się wygadać, jak już wspominałam u
mnie nikomu nie mogę o tym powiedzieć 
( w końcu wszystko było tajemnicą) bo po prostu się wstydzę mojej
naiwności i ślepej miłości dla kogoś kto nie jest tego wart. 
Magda  

Rozstanie z kochankiem

Witam serdecznie wszystkie porzucone kobietki i nie tylko... Chciałam się
z Wami podzielić moja jakże smutną i pogmatwaną ale prawdziwą
historią... Pewnej soboty ktoś do mnie rano zadzwonił (dodam że jestem
okropnym śpiochem) i tak sie zaczęlo... Banalnie głupio i śmiesznie...
No ale zaczęło się. Ja stateczna mężatka która ma męża za granicą
i On żonaty facet który chce mnie poznać. Wiadomo On w delegacji, ja
samotna bo mąż rzadko wraca do domu, oboje na głodzie emocjonalnym... i
pewnie nie tylko... ;) Dodam, że oboje mamy dzieci. 
Ruszyło wszystko do przodu, miłe smsy, długie rozmowy o wszystkim i o
niczym... Wspólne rozwiązywanie problemów i wspólny śmiech... szybkie
teraz myślę, że stanowczo za szybkie przywiązywanie się do siebie. W
końcu po miesiącu spotkanie, i wspaniały cudowny seks, niezapomniany,
dziki i namiętny ( przecież jesteśmy dorośli ;) i gdy wszystko powoli
się rozwijało, gdy mieliśmy sie spotkać ponownie, bo mieszkamy daleko
od siebie nagle trach!!!!!!!!!!!!!!!!!! 
Zero kontaktu, przestał się odzywać... moje nerwy, bo może coś mu się
stało, złość, i w końcu łzy... morze łez, słonych, gorzkich....
Domyślałam się tego i byłam wściekła, że tak dałam sobą
manipulować...Powiedział mi, że mnie kocha, że zrobi dla mnie wszystko,
po czym za kilka dni nadchodzi wiadomość, że przeprasza, ale nie chce
ranić i oszukiwać swoich bliskich... A co z moimi bliskimi? Ja ich nie
oszukiwałam, nie kradlam czasu spędzanego z dziećmi?Rozumiecie? Po tym,
jak zrozumiałam, że byłam gotowa zostawić dla Niego męża On mnie
wyrzuca ze swojego życia... Koniec. Jakby mnie nie było... Byłam ale
tylko zabawką w rękach znudzonego faceta w delegacji a jak już
stwierdził, że wystarczy bo znamy się kilka miesięcy to żegnaj. I to w
tak chamski sposób, poprostu przestał się odzywać... Wiem, że moje
wyznanie jest dość chaotyczne, ale sprawa jest dość świeża i boli
mnie bardzo... Tu nie chodzi o miłość, bo to było zauroczenie pewnie,
tu chodzi o to jak mnie potraktował, jak dziwkę, z którą można zrobić
wszystko i potem wyrzucić. No tak tylko dziwce się płaci... 
Dziewczyny, Mężatki nie wdawajcie się w głupie romanse bo to naprawdę
nie ma sensu... Żonaty facet zawsze będzie udawał a potem będziecie
cierpieć i wylewać morze łez... A my tak bardzo pragniemy bliskości,
czułości, że jesteśmy gotowe zrobić wszystko.. za wszelką cenę..
Teraz już wiem, że nie warto... Mój mąż oczywiście nie wie bo nawet
nie wrócił z zagranicy bo tak spieszy mu sie do domu... Nie oceniajcie
mnie żle, ja tylko chciałam być choć przez chwilkę szczęśliwa...

Pozdrawiam 
Geeeeejsza

Ciężkie rozstanie

Cześć. Postaram się szybko opisać to co mnie spotkało tak, żeby nie zanudzić. Mam 22 lata i byłam w 7 letnim związku. Nastoletnia miłość, ale mój chłopak od początku gimnazjum starał się o moje względy, w końcu po 3 latach zaczęliśmy być razem. Prosił mnie błagał, ale te zaloty odrzucałam, aż w końcu połączyła nas silna przyjaźń i uczucie z mojej strony. Przez pierwsze 2 lata było wspaniale, później kłótnie kłamstwa wyzwiska, ale sporadycznie. Mimo tego, że tak na prawdę nie miałam powodów to byłam bardzo zazdrosna.

Poszliśmy na studia i do dorywczych prac, zamieszkaliśmy razem i było świetnie, chociaż nie raz zdarzyło się nam wyzywać nawet czasem dochodziło do przepychanek. Sytuacja zmieniła się we wrześniu kiedy to zamieszkaliśmy w kawalerce i nasze kłótnie stawały się na porządku dziennym, to ja byłam zła o wszystko ciągle miałam pretensje. Wciąż byłam zazdrosna o koleżanki z pracy i uczelni, z którymi utrzymuje kontakt. Szczególnie o jedną. On mnie okłamywał – żebym nie robiła awantur i żebym była spokojna, później ja się o tym dowiadywałam i byłam zazdrosna jeszcze bardziej.

Mój chłopak mnie bardzo kochał i przez tyle lat to znosił aż w końcu powiedział stop. Nie zauważyłam tego ale powoli się we mnie zaczął odkochiwać kiedy ja się zmieniłam na dobre. Zerwał ze mną, ale mówił że może kiedyś, ze nie wie czy mnie kocha, ze coś czuje. Podjęliśmy decyzje że się wyprowadzi i tak zrobił, ale rozmawialiśmy o tym i mieliśmy zaczynać od nowa. Po zerwaniu mieszkaliśmy ze sobą jeszcze 3 tygodnie, przytulaliśmy się, całowaliśmy się często on mi mówił, że nie wie czy to właściwa decyzja, widziałam, że chce się wycofać… Wyprowadził się i minęło już dobre 2-3 tygodnie i kiedy z nim rozmawiałam przez telefon powiedział, że jest teraz innym człowiekiem, że jest szczęśliwy że nic go nie ogranicza. Powiedział, że nie wie czy kiedykolwiek będzie chciał ze mną być, że teraz nie chce. Nie kocha mnie, ale nie może mi kazać odejść na zawsze. Że nie wierzy ze to co było można zbudować od nowa, bo on we mnie widzi wciąż starą kobietę z którą był, a nie nową. Stwierdził ze nie chce ze mną rozmawiać i żebym na niego nie czekała i najlepiej będzie jak urwiemy kontakt, a mimo to, kilka dni po tej rozmowie sam mi wysyłał jakieś smsy.

Wciąż mam nadzieję, że kiedy damy sobie czas to jakoś to się ułoży inaczej. Wiem, jak to brzmi co napisałam, ale na prawdę bardzo się kochaliśmy. Powiedział mi że chciałby takiego związku o jakim oboje mówimy, ale nie wie czy ze mną. Przytłoczyłam go tymi pytaniami o nas i znowu mu się odechciało, ale wierzę w to, że kiedyś za parę miesięcy on zobaczy że jesli nie będziemy popełniać starych błędów to damy rade zbudować coś na nowo…. Nie wiem tylko teraz, jak mu to udowodnić, jak sprawić, żeby mnie na nowo pokochał, żeby zatęsknił. Boję się, że on się zakocha w jednej ze swoich koleżanek i wtedy już nic z tego nie będzie. Chciałabym go odzyskać na nowo….

Pozdrawiam!

22-latka

Dziewczyny co robić???

Dziewczyny,

Doszłam do ściany. Nie umiem z nim dalej żyć. To tylko 6 ms odkąd
pokazuje swoje prawdziwe oblicze, ale zawsze mówiłam ze jego wrogowie
bedą mieli przejebane.....

8 lat w związku z psychofagiem, jego rodzina z mamusia słodko pierdzaca
do swojego synalka i siostra 52 letnia stara panna użalającej sie nad
życiem, a i tatuś niczym mebel siedzący od 25 lat w jednym miejscu. I do
tego ja przebojowa, szurnięta, uśmiechnięta, mega optymistka potrafiąca
cieszyć sie z najmniejszych rzeczy w życiu, acz po rozwodzie ale to był
przechodzony związek małolatów. On tez po rozwodzie....ona ponoć
niewierna, kasę traciła, nie chciała dzieci itp itd i jaki on biedny i
jaki pokrzywdzony. 
No i sie związaliśmy, 2 dzieciaków sie urodziło i byłoby sie jako tako
żyło bo jako przyjaciel a bardziej partner byl ok, ale ale ale.... 

1,5 roku temu zachorował na raka jelita z przerzutem do watroby. Jelito
wycięte, leczy wątrobę cały czas. Odkąd usłyszał od jakiegoś PROF
ze bedzie żył 10 ms (prof na Boga nie wyglądał!!!!) to sie wszystko
zaczęło....Jak czytam Wasze wpisy to wiem o czym piszecie bo u mnie juz
to wszystko było. ......Jedynie nie pije prawie wcale, wiec z alkoholikami
go nie porównuje.
Myśle ze nienawidzi mnie tak jak swojej choroby, chce mnie zniszczyć jak
tylko rano oczy otworzy, niczym swojeg raka ktory mu tak przeszkadza żyć.
 Wcześniej nie angażował w to dzieci a teraz nie ma żadnych
skrupułów. Dzieci 7 i 4.....czemuż one winne, nie wiem jak mam im
sytuacje tłumaczyć, z reszta starsze juz widzi co sie dzieje.

Dziewczyny co robić????
Jak wyprowadzę sie do koleżanki do mieszkania to bedzie afera. Ale bedzie
afera i sie uciszy i dadza mi i dzieciom normalnie żyć.
Jego rodzina trzyma jego stronę bo bidny, chory, nikt sie nim lepiej nie
zaopiekuje niż siostra pielęgniarka itp....... Wiec nie mam w nich
wsparcia w ogóle. Moja rodzina daleko, nie ma szans na doraźna pomoc. Jak
zostanę to mnie zajedzie na maksa....i dzieci.
Szukałam pomocy u psychologa ale po pierwsze nie ma za wielu
psychoonkologow w Polsce a po drugie jak słyszę jej "i jak sie Pani z tym
czuje" to mnie rozwala.
Napiszcie prosze szczerze... Niech każda powie co myśli. Sytuacja patowa na
maksa. Ja juz jestem w takim stanie ze dzisiaj bym uciekła. Jeśli
myślicie ze jestem beznadziejna bo nie mam sumienia zając sie chorym
mężem (a juz nie mam bo jestem idiotka, kurwie sie i wiecznie najebana
chodzę, do tego dzieci ciagle brudne chodzą, znowu nie poprasowane i po
chuj te kwiatki na balkon kupiłaś idiotko) to napiszcie mi prosto z
mostu. Musze znaleźć jakaś drogę, bo stoję na wielkim skrzyżowaniu i
totalnie nie wiem gdzie iść z dziećmi.

Dzięki.
M.

ROZWAŻNA – NIEROMANTYCZNA

A może głupia po prostu? Albo cwana i wygodna? Ile osób tyle opinii, a może i więcej. Tylko czy ważne jest czyjeś zdanie? Co się liczy? Ona i jej decyzje czy utarte przekonania, cudze sądy, pseudomoralność i quazietyka?
Postanowiła być sama – Samodzielna Samostanowiąca Samodecydująca. Pytanie za 100 punktów – to odwaga czy tchórzostwo?
Ano zależy – od punktu siedzenia „Czyliż zaiste szlachetniejszym znosić pociski zawistnego losu…” Klasyka – czaszka w dłoń i pytamy? Nie ma odpowiedzi uniwersalnej, dla każdego inna, szyta na miarę i dopasowana na żywym człowieku.
Czy bardziej wartościowe jest przemierzanie świata w pojedynkę i borykanie się ze wszystkim samodzielnie niż wspólne (trudne i skomplikowane) radzenie sobie z rzeczywistością?
Nobla temu kto odpowie wszystkim I zadowoli publiczność nie budząc kontrowersji. 
„Ona ma siłę…” – sama zawsze ma więcej. Nie liczy na cud, nie czeka na wsparcie – bierze sprawy w swoje ręce i na swój sposób je organizuje. Również dla swojej wygody a czasem i korzyści Wolno jej, nikogo nie krzywdzi, nie wykorzystuje. Sama buduje swój sukces, czasami porażkę – ale zawsze własną 
A ona? To druga? Bardziej romantyczna, ale nie mniej rozważna? Czy może poprzez romantyczność swą z klucza rozważna mniej? Bo przecież już nie tylko własnym „rozumem, godnością, urzędem” kieruje się organizując życie. Musi (chce, powinna) brać pod uwagę inne spojrzenie, inne oczekiwania – może zbliżone do własnych, ale jednak zawsze choćby ciut inne. Więc kompromis… a cóż to za diabeł ten kompromis? No niby dobre ma konotacje… służy porozumieniu, współdecydowaniu, jakby demokratyczny. 
Ale ja go nie chcę. Bo skoro muszę się nagiąć, ustąpić, oddać pola, zrezygnować, odpuścić – to ja nie chcę. Bo moje zdanie jest moje, sposób na życie też jest mój. 
Dlatego łatwiej być (samo)dzielną, rozważną nieromantyczną niż kompromisującą 
Więc idę na łatwiznę, nie szukam trudności, omijam kłopoty, nie generuję sobie zmartwień. Czy są minusy takiego życia? Ktoś powiedziałby – owszem. Jest trudno, nie ma wsparcia, nie ma człowieka, na którego można liczyć. Ale, z ręku na sercu, w ilu „stałych związkach” to wszystko jest? 
Ile tracę, a ile zyskuję? Ile mnie jest dla mnie? Nie biorę ale też i dawać (zbyt wiele) nie muszę. Jeśli trafi się coś dobrego, biorę jak swoje. Od złego uciekam, brać cudzego na siebie nie muszę, własnego nie produkuję.
Dlaczego większość trafiających tu kobiet pyta „czy jeszcze kogoś? czy jeszcze ktoś? czy jeszcze komuś?” Odpowiedź jest prosta – jak będziesz chciała to owszem, to jak najbardziej. Tylko czy zechcesz? Czy zaryzykujesz, że znów będziesz ofiarą, że krzywda Ci się stanie, że ktoś nadużyje? Że kompromis stanie się uległością, że współdecydowanie niewolnictwem? 
Nie potrafisz stawiać granic, wiesz o tym. Gdybyś umiała nie byłoby Ciebie tutaj. Boisz się siebie, nie tego drugiego człowieka, bo już wiesz, że on zrobi tyle na ile mu pozwolisz. Boisz się, że znowu pozwolisz mu na zbyt wiele.
Możemy roztrząsać w kółko te same problemy, możemy radzić, zachęcać, odradzać. 
Ale – to Ty decydujesz. Decydujesz się na ryzyko, w każdym z rozwiązań. Na ryzyko bycia sobą. Bo i w pojedynkę, i we dwójkę, i większej grupie sobą pozostać należy.
Potrafisz? Umiesz już? Wiesz czego nie chcesz? 
Jeśli tak to żaden układ nie zrobi Ci krzywdy. Ani samodzielny , ani współpracujący.
Obawiam się, że nie pomogłam.

Katalina

Kto nie osiąga rezultatów?

grzesiak

Smutna historia miłosna

Witam dziewczyny, postanowiłam do Was napisać, gdyż chciałabym podzielić się z Wami moją historią a właściwie świeżym odkryciem. Zacznę może niestandardowo, od końca. W lutym po prawie 5 letnim związku zerwałam z chłopakiem. Zerwałam z nim ponieważ miałam dość codziennego jego chlania (piciem trudno to nazwać) i kolejnego olania mojej osoby (Walentynki spędziłam sama, odezwał się dopiero po ponad tygodniu bo nie miał z czego, nie pamiętam czym tym razem było to spowodowane ale chyba telefon zamoczył) Myślałam, że będzie tak jak zwykle przeprosi, przytuli, powie, że kocha i będzie dobrze i znowu do siebie wrócimy jak zwykle. Jednak tak się nie stało. Jakoś specjalnie mnie to nawet nie bolało, czasami tęskniłam ale przez większość czasu czułam ulgę i byłam z siebie dumna, że wreszcie skończyłam ten związek i teraz będzie już tylko lepiej. Aż do teraz… Po jakimś miesiącu zaczęliśmy się znowu spotykać, tak sporadycznie na jakieś piwko, bez żadnych zobowiązań (dodam, że na spotkania zazwyczaj również przychodził „po użyciu”). Zauważyłam, że dobrze sobie radzi, wcale nie rozpacza, dobrze wygląda, nowe ciuchy i te sprawy. Ale jakoś nie miało to dla mnie znaczenia. Rozmawialiśmy o nas, że może kiedyś jeszcze będziemy razem tylko potrzebujemy czasu, że nadal mnie kocha, że nie ma nikogo, że tęskni i takie tam bzdety. W ogóle mnie to nie ruszało, przytakiwałam tylko i widząc w jakim jest stanie coraz bardziej uświadamiałam sobie, że dobrze zrobiłam.
Po jakimś czasie dowiedziałam się, że ma nową kobietę. Ponad 20 lat starszą (!) Oczywiście wszystkiemu zaprzeczał, najpierw że nie wie o co chodzi, potem, że to nie jest jego kobieta tylko po prostu dobrze się z nią dogaduje. Wiem jednak, że wszystkim dookoła opowiada wprost, że z nią jest. Zabolało mnie to do żywego. Zdołowałam się, poczułam się samotna i bez żadnej wartości. On radzi teraz sobie bardzo dobrze ma pracę (pod każdym względem jest to zajęcie nielegalne), pieniądze, nową kobietę, dużo znajomych i ogólnie bardzo dobrze mu się żyje. Doszłam do wniosku, że ja w ogóle sobie nie radzę. Postanowiłam, że chcę wrócić do niego, bo jaki był taki był ale był, że jakoś to będzie, jakoś się ułoży… Powiedziałam mu o tym wprost. Przez kilka dni mnie zwodził, że wciąż kocha ale na razie dajmy sobie czas. Zaczęłam panikować. Poniżyłam się do tego stopnia,że zaczęłam go błagać, żeby wrócił, płakać, że go kocham, że nie wyobrażam sobie życia bez niego… Następnego dnia przyszedł, powiedział wprost: CHYBA JUŻ CIĘ NIE KOCHAM, nie mogę Ci nic obiecać, mi jest teraz dobrze, nikomu nie muszę się tłumaczyć, mogę robić co chcę… To był najpotężniejszy cios jaki do tej pory otrzymałam. Teraz wiem, że tym dokonał całkowitego dzieła zniszczenia mnie doszczętnie. Stan w jakim teraz się znajduję to najczarniejsza z najczarniejszych rozpacz….
Płakałam całymi dniami, cały czas myślałam jak żyć dalej, co robić… To nie był mój pierwszy chłopak, byłam wcześniej w kilku związkach, zawsze to ja je kończyłam, dlatego pomyślałam, że może to taka kara za te wszystkie wyrządzone krzywdy chłopakom, z którymi kiedyś zerwałam. Ale za co miałabym być karana? Za to, że kończyłam związek, który dla mnie nie miał przyszłości, w którym nie czułam miłości? Zaczęłam w internecie szukać jakichś porad jak przetrwać ten ból, jak podnieść się po rozstaniu, odrzuceniu, nieszczęśliwej miłości. Trafiłam na tematykę o toksycznych związkach, psychopatach, psychofagach, narcyzach… Zagłębiłam się w tą tematykę choć temat nie był mi obcy (pisałam pracę licencjacką o osobowości seryjnych morderców). Przeczytałam wiele blogów, publikacji, artykułów na temat bycia w związku z psychopatą…. Jezu, to był jak strzał olśnienia, jakby ktoś opisywał dokładnie mój związek, był jego obserwatorem…
Znaliśmy się wcześniej z widzenia, później wymieniliśmy się numerami, ja wyjechałam na studia. Dzwonił codziennie, kilkanaście razy dziennie, w sumie to co kilka minut.. Spodobało mi się to, że ktoś tak się mną interesuje. Jako, że mieszkałam na stancji, często do mnie przyjeżdżał w końcu zamieszkaliśmy razem dość szybko. Było pięknie, nie przeszkadzało mi to, że nadużywał alkoholu bo i ja prowadziłam typowe życie studenckie i nie stroniłam od imprez, nie przeszkadzało mi nawet to, że jest na moim utrzymaniu, że robiłam mu obiadki, prałam gacie, dawałam pieniądze na piwko. Bo było tak pięknie… Zakochałam się, ten człowiek nie miał żadnych wad w moim mniemaniu. Obiecywał, że będziemy razem do końca życia, wybudujemy dom, weźmiemy ślub..
Pierwszy raz uderzył mnie po 7 miesiącach naszego związku. Już wtedy mieszkaliśmy razem. Powodu nie znam, po prostu rzucił mnie na łóżko zaczął okładać pięściami. Tak po prostu. Od razu kazałam mu się wynosić, zbiegłam za nim po schodach, żeby tylko oddał mi mój telefon. Złapał mnie za szyję i zaczął uderzać głową w drzwi. Wrócił kilka godzin później, z kwiatami, przeprosił powiedział, że nic nie pamięta. Przyjęłam go spowrotem, tłumaczyłam sobie że był pijany, że przecież w sumie nic się nie stało, przecież mnie kocha i jakoś to będzie. To był mój błąd, później poleciało jak lawina, takie epizody zdarzały się coraz częściej, on zawsze tłumaczył tym, że nic nie pamięta, że go sprowokowałam. Przeszłam do tego na porządku dziennym. W pewnym momencie nawet przestałam mu robić o to wyrzuty bo przecież i tak powie, że tego nie pamięta a ja czułam, że nie potrzebnie coś źle powiedziałam i nie powinnam go denerwować, że po prostu to moja wina i należało mi się… Po prostu przestałam na to zwracać uwagę, myślałam, że tak ma być. Odizolował mnie od wszystkich w pewnym momencie telefon zamilkł, już nikt nie dzwonił, nie zapraszał, przestałam mieć znajomych, byłam tylko z nim. Robiłam wszystko co chciał, bałam się sprzeciwiać, zwrócić mu uwagę bo nie chciałam go denerwować, zresztą i tak wychodziło, że ja coś źle robię i zawsze to tylko jego wina i się czepiam. Jak mnie nie bił, nie krzyczał to niszczył moje rzeczy, laptopa, samochód, telewizor… Oczywiście to ja musiałam płacić za naprawę, bo ja go zdenerwowałam. Żyliśmy tylko z mojego kredytu studenckiego i z przelewów moich rodziców. Jak miał pieniądze, do niczego się nie dokładał, tylko wydawał na siebie, nowe buty, kosmetyki, ciuchy…On do pracy nie chodził, ja musiałam pracę rzucić bo powiedział, że nudzi mu się samemu w domu i czuje się samotny i chyba wyprowadzi się do naszego rodzinnego miasta. Rzuciłam pracę, bałam się, że zostanę sama i sobie nie poradzę. I tak mijało mi życie, w ciągłym strachu ale jednak kochałam i czułam się kochana, myślałam, że po prostu musimy się dotrzeć. Efekt kulminacyjny nadszedł pod koniec moich studiów. Pobił mnie tak, jak nigdy wcześniej, myślałam, że nie przeżyję, że mnie udusi… Spałam z nożem pod łóżkiem. Następnego dnia kazałam mu się wynosić na dobre. On nawet nie wiedział o co chodzi, znowu nic nie pamiętał bo był pijany, że zmyślam, że koloryzuję i przesadzam. Zadzwoniłam do mamy, powiedziałam jej o tym wszystkim, wiedziałam, że jeżeli dalej będę to ukrywać, to nie dam sama rady od niego odejść. On się wyprowadził, ja na jakiś czas wróciłam do domu wyleczyć rany, fizyczne i psychiczne. Myślałam, że umrę z rozpaczy, bólu i straty. Miałam wyrzuty sumienia, zaczęłam żałować, czułam się samotna. Po dwóch tygodniach się spotkaliśmy, wybaczyłam mu wszystko, obiecał, że nigdy już tak nie zrobi. Znowu wyjechaliśmy do naszego wspólnego mieszkanka…
Skończyłam studia, wróciliśmy do naszego rodzinnego miasta- on do swojego domu ja do swojego. Spotykaliśmy się często, na tyle często na ile on chciał. Znacznie częściej spotykał się z kolegami, ze mną umawiał się jak już był pijany. Mówiłam wprost, że mi to przeszkadza- wyzywał mnie, że się czepiam, kontroluję i że to przeze mnie tyle pije bo go denerwuje. Następnego dnia zachowywał się jakby nigdy nic się nie stało,znowu był kochany, mimo, że ja całą noc przepłakałam. Takie zachowanie było na porządku dziennym, starałam się go nie denerwować bo może faktycznie przesadzam i się czepiam. Żyłam tak jak on chciał, robiliśmy to co on chciał i kiedy chciał. Chciał się spotkać- musiałam wszystko rzucić bo jak powiedziałam, że dzisiaj nie mam czasu to później się nie odzywał przez tydzień i twierdził, że to ja nigdy nie  mam dla niego czasu. Bił mnie już sporadycznie, jakiś plaskacz, kopniak czy szarpanie, myślę, że to dlatego, że nie miał już zbyt okazji, spotykaliśmy się głównie na dworze albo u niego, do mnie miał zakaz wstępu od moich rodziców. Przy kolegach przecież by tego nie zrobił. Ale jak mnie uderzył to miałam takie wyrzuty sumienia i poczucie winy, że następnego dnia z samego rana sama do niego przychodziłam i go przepraszałam. W końcu zaczęło mi przeszkadzać, że tak mnie traktuje, że ciągle pije, kłamie ( nawet jak się go przyłapało na kłamstwie to twierdził, że to ja kłamie, że nic takiego nie zrobił/powiedział, że ja zmyślam), nie ma dla mnie czasu, kontroluje mnie, poniża, obraża…W lutym postanowiłam zerwać, dalaszy ciąg już znacie..
Kiedyś byłam uśmiechniętą, pewną siebie dziewczyną, miałam dużo znajomych, lubiłam wychodzić i rozmawiać z ludźmi. Kim jestem teraz? Jestem wrakiem. Nie mam już żadnych znajomych, przez ten związek zerwałam wszystkie znajomości, nie były mi potrzebne bo miałam jego. Tylko z nim się spotykałam i tylko do niego dzwoniłam. Mam 26 lat, ukończone dwa kierunki, nie mam pracy, znajomych, mieszkam z rodzicami. Nie mam nic. Boje się kontaktów z ludźmi, jestem nieśmiała, trudno nawiązuje kontakty z innymi ludźmi, jestem bezradna, samotna i boje się przyszłości…
Pewnie zapytacie dlaczego tak długo w tym trwałam, przecież sprawa wygląda jasno. Ze strachu. Ze strachu przed samotnością. A nie zawsze było źle. Bywały też dobre chwile i to całkiem sporo, spędziliśmy ze sobą naprawdę dużo dobrego czasu. Boję się, że już zawsze będę sama, że nigdy nikogo nie znajdę no bo niby jak i gdzie skoro nigdzie nie wychodzę bo nawet nie mam z kim. Boję się, że sobie nie poradzę, nie mogę przestać o nim myśleć, kocham go cały czas a jeszcze bardziej dołuje mnie myśl, że jest z inną kobietą… Że woli dużo starszą kobietę niż mnie…Że bardzo dobrze sobie sobie radzi beze mnie… że już nie kocha…
Czytając o tych wszystkich psychopatach wszystkie cechy pasowały do niego, był w przeszłości karany, często wchodzi z konflikt z prawem, nie liczy się z nikim i niczym, jeżeli czegoś chce to to dostanie nawet jeżeli ma coś ukraść. Mimo, że zarabia pieniądze to wszystko od razu wydaje na przyjemności, głównie alkohol i gry hazardowe, zawsze tak było, że to ja wszystko musiałam kupować za wszystko płacić.  Zawsze ma racje, nie obchodzi go zdanie innych i cały czereg innych cech i zachowań wpisujących się w osobowość psychopatyczną. A może wcale tak nie jest? Może ja szukam jakiegoś wytłumaczenia dla tego co się stało, może na siłę chcę go dopasować do tego schematu, żeby się pocieszyć? Bo czy to mogłaby być prawda, że nigdy mnie nie kochał? Że od początku znalazł sobie we mnie ofiarę, którą chciał wykorzystać, wyniszczyć a jak już osiągnął cel i przestałam mu być potrzebna to po prostu porzucił i zamienił na lepszy model? Czy w takim razie te 5 lat było kłamstwem czy może ja coś źle zrobiłam? Na te pytanie nie mogę znaleźć odpowiedzi…
Dziewczyny pomóżcie, jak teraz żyć? Jak się po tym wszystkim pozbierać? Jak przestać myśleć, tęsknić, kochać? Jak w ogóle można kochać człowieka, który tak mnie zniszczył? Nie wiem jak sobie poradzić, nie mogę jeść, spać na niczym się skupić, czekam tylko aż zadzwoni mimo, że wiem, że nie powinnam nawet z nim rozmawiać. Wiem też, że jeżeli poprosi o spotkanie to od razu się zgodzę. A najbardziej prawdopodobne jest to, że to ja sama się z nim skontaktuje bo nie wytrzymam tej tęsknoty i samotności. Pomóżcie, jak żyć?  :(
Napisałam do Was ponieważ, nie mam komu tego powiedzieć, nikt nie wie przez co przeszłam i przez co przechodze nadal. Być może to jest jakaś forma autoterapii, nie wiem, nie wiem nawet czy ktoś to przeczyta, nic już nie wiem…
Czarna Rozpacz

Jego gesty i moje emocje

 

Miało być na luzie, na zasadzie „zobaczymy jak będzie”, tak sobie mówiłam. Była odległość, ale to nie było problemem, bo często przylatywał tu do kraju, odwiedzać rodzinę. Na początku znajomości przylatywał specjalnie dla mnie. Próbowałam trzymać dystans, nie udało się. Codzienne długie rozmowy o wszystkim, silny pociąg fizyczny, duże zainteresowanie z jego strony no i się mocno zauroczyłam, przywiązałam wręcz… Po pewnym czasie mu to wyznałam, stwierdził że lubi mnie i spotyka się tylko ze mną, ale nie szuka związku, a te wszystke miłe gesty to po prostu gesty, którymi obdarza każdego kogo LUBI. Nic więcej. Dodał jeszcze, że za mało nas łączy, za mało podobni jesteśmy… Ja czułam co innego, widziałam podobieństwa, ale od tego momentu odechciało mi się cokolwiek mu udowadniać. Z mojej strony smutek, frustarcja, lekki szok. W rozmowach zaczynam być trochę złośliwa. Na jego przyjaźnie z innymi kobietami (a trochę ich znał) źle reagowałam. Często czułam sie wręcz lekko prowokowana, on nigdy tego nie rozumiał i mówił, że jestem przewrażliwiona i inne jego „koleżanki” tak nie reagowały… Narasta we mnie frustracja. Chciałam to skończyć, mówiłam mu nawet o tym, ale nie umiałam, miał coś w sobie co mnie pociągało, a poza tym potrafił być taki czuły, a mi tego tak brakowało od lat… Widząc moją zazdrość ochłodził kontakt z dnia na dzień, nawet nie za bardzo byłam na to przygotowana. Oczywiście twierdził, że to nie ma nic ze mną wspólnego.

Przestaliśmy rozmawiać, pisać, zero komunikacji. Próbowałam o nim zapomnieć. Któregoś dnia się odezwał, we mnie emocje odżyły spotkaliśmy się raz, drugi – wiele dni razem. Było miło, była chemia, dochodzi do mnie, że jednak tęskniłam za nim. Przed spotkaniami mówię sobie: ” miło spędzę czas, postaram się dobrze bawić i kontrolować emocje”. Nie udało się. Potrafi być taki troskliwy, a jednocześnie ciągle powtarza jak to do siebie nie pasujemy i jesteśmy inni, te stwierdzenia bardzo bolą. Reagowałam na to emocjonalnie. Dziwne uczucie, kiedy facet trzyma cię w ramionach i mówi jak to do siebie nie pasujecie… Po spotkaniach komunikacja była letnia, sugerowałam częstsze rozmowy, mówił ok, ale czułam że tego unikał. Któregoś dnia jedzie z jedną z koleżanek na wycieczkę. Było mi przykro, czułam się bezsilna.

Pękłam, nie działo się właściwie nic o co go prosiłam mimo, iż twierdził że rozumiał moje prośby, tylko nie wiedział kiedy, co i jak… Wycieczka z koleżanką mnie dobiła, do tego doszły jego drobne kłamstewka. Mimo to budzi się we mnie chęć „zawalczenia „o tą znajomość. Nie udaje się. Na koniec czytam w wiadomościach od niego, że mamy zbyt różne charaktery, nie ma iskry, po prostu NIC, jemu czgoś tu brakowało. Napisał mi: „bo to, bo siamto, po prostu jest nie tak między nami”, dodaje że moje reakcje go „zmęczyły”.Te słowa mnie ranią. Razem z tymi wiadomościami widzę jak loguje się na portale randkowe, wiedział że to mnie zaboli. Ja zostałam z poczuciem winy, że za dużo oczekiwałam i za dużo emocji okazywałam. Tęsknię jeszcze za nim, a przecież nie mam „prawa” bo nic mi nie obiecywał, on był ok, to ja do końca o coś tu walczyłam, prosiłam i emocjonowałam się.

Nie wiem co to było – nie związek, ale też nie czysty „układ”, on chciał żebym podczas jego pobytu w kraju była miłą, słodką, czułą kobietą, a po spotkaniu miałam być opanowana i o nic nie pytać. Nie umiałam tak. Wracają do mnie miłe gesty, słowa, jakieś plany, o których mówił ale zaraz potem przypomniam sobie, że przytulacjąc mnie potrafił powiedzieć jak to nic do mnie nie czuje… Mam straszy mętlik w głowie, z jednej strony czuję złość, że sama się wpakowałam w relację z kimś kto nie wiedział czego chce, a z drugiej czuję złość na niego. Boję się, że długo nikomu nie zaufam, bo teraz już wiem, że te wszystkie gesty, które myślałam, że są zarezerwowane dla par, mogą oznaczać, że kogoś się tylko „lubi” albo i to nie… A najgorsze, że nie wiem czy mogę sobie zaufać, skoro brnęłam w relację, w której co jakiś czas czułam się raniona, a mimo to trzymałam się tej mistycznej chemii, fizyczności i tych ciepłych chwil, wszystko co czułam to tylko”moja broszka”, on jest w porządku. Nieraz już mi tak sugerowano. On na pewno teraz dobrze się bawi i myśli sobie już o kimś innym, o kimś kto nie będzie okazywał silnych emocji i zadawał niewygodnych pytań. A ja muszę teraz jakoś zapomnieć o nim i uciec od tych ciepłych wspomnień, bo już wiem że chyba nic za tym nie stało i do niczego nie miałam „prawa”.

 

A.N.