Kochane, choć cięte i bystre Kobitki,
Pisałam do Was na blogu dwa lata temu. Odnalazłam dziś tamten wpis. Przeczytałam… trochę ręce mi się nawet roztrzęsły… Spojrzałam na siebie sprzed lat. Zakochałam się w żonatym facecie, 12 lat starszym, z piątką dzieci. Wiecie, że już3 lata odkąd jego żona odkryła nasz romans, potem kilkakrotnie, sprawdzając jego fb, telefony była świadkiem jak on pisze, a ja, niby miotając się, nie mogłam odpuścić… dzielnie walczyła o swojego męża. Dziewczyny, piszę, bo ciągle zawracam… Napisałam mu życzenia urodzinowe..pytam samą siebie po co? Dlaczego tutaj też piszę? Jeśli wrzucicie ten wpis (a zapewne tak się stanie) oberwę mocno słowami… trzeba mocno ciąć, trzeba Wiem, a serce utknęło… spotkałam go na ulicy przypadkiem, znów poleciałam na jego słodkie oczka. To on mądry, już nie dzwonił, od roku milczy… Boże historia jakich wiele… co się musi stać bym przestala czekać na niego? mam jakiś opór we krwi w ratowaniu samej siebie. Oczywiście nie po to piszę, by mnie głaskać po główce, ale też nie po to by usłyszeć jak śmiem pisać tutaj takie rzeczy gdy przez takie jak ja inne żony cierpią.Tamta też cierpi, cały czas. Obie cierpimy, a on robi te swoje piękne oczka by upewnić się, że nadal kolana mi miękną. Kurde, miękną! Nie dałam po sobie znać ale w głębi duszy miękka jestem. Dziewczyny, co zrobić, by nie tęsknić? Nie szukać kontaktu, nie śnić, nie marzyć? By nareszcie zapomnieć o nim, by nie złorzeczyć ani udawać że umarł?  Bardzo was proszę, napiszcie od serca.
Pozdrawiam

Alicja