Dzień dobry,

Ja i moja historia nie wyróżniamy się niczym szczególnym. Postaram się jak najkrócej, żeby „Potop” nie wyszedł. Mam 38 lat, on 52. Mamy 6-letniego syna. Dla A. odeszłam od męża, z którym i tak się nie układało. Początki były bajeczne, czyli jak zawsze. Ja od początku nie umiałam się do tego wszystkiego dopasować. Zamieszkaliśmy w jego domu na obrzeżach miasta. Jego pierwszy syn miał wtedy 10 lat (mieszka kilka ulic dalej). Ja nie umiałam się odnaleźć między jego synem i nami, weszłam w czyjeś ułożone życie i nie mogłam się w tym odnaleźć. Z czasem okazało się, że dom jest nie tylko A., ale w połowie jego byłej, matki jego pierwszego syna. W tzw. międzyczasie zawiódł mnie bardzo (choć zrozumiał, mnie to boli do dziś). Po dwóch latach związku zdecydowaliśmy się na dziecko. Dziś mamy fantastycznego sześciolatka. Nie układa nam się już od paru lat. Tak naprawdę problem tkwi chyba we mnie, bo to ja z wesołej, uśmiechniętej dziewczyny stałam się wiecznie zmęczoną, wkurzoną, narzekającą i nieszczęśliwą babą.

A jestem taka, bo mieszkam w domu, do którego nie mam żadnych praw, który nie jest mój, tylko jego i obcej mi kompletnie kobiety. I tak już będzie zawsze. Nie jesteśmy małżeństwem, więc tak naprawdę, gdyby coś się A. stało, tracę dach nad głową. Efekt takiego układu jest taki, że pierwszemu synowi należy się 3/4 domu, drugiemu synowi (naszemu) 1/4 domu. Ja nie mam nic. Zero poczucia bezpieczeństwa.

Dowiedziałam się całkiem niedawno, że ponieważ poprzednia kobieta go oszukała (bo połowę domu dostała właściwie w prezencie), to on się boi popełniać drugi raz ten sam błąd. Czyli ja mam płacić za zupełnie nieswoje winy.

Jestem nią, bo od 8 lat dojeżdżam do pracy w Centrum (dojazd w jedną stronę zajmuje ponad godzinę, często półtorej). Jeżdżę kolejką podmiejską, a utrudnienia i awarie są co chwila. Mam już tych dojazdów po kokardę.

Jestem taka, bo mam bardzo odpowiedzialną i stresującą pracę i dojazdy.

Jesteśmy fanami jeździectwa, mamy konia. Ale stajnia jest 25 km dokładnie w drugą stronę, niż ja mam pracę. Dla mnie oznacza to kolejne godziny spędzone na podróżach.

Jestem taka, bo czuję się samotna. Ponieważ A. chrapie, a ja mam lekki sen, przez długi czas wynosiłam się w środku nocy z kołdrą do drugiego pokoju. Miałam dość tych wędrówek, więc od długiego już czasu śpimy osobno. Mam poczucie bezsensu tego wszystkiego, bo jadę taki kawał tylko po to, żeby sobie posiedzieć sama. Bo A. albo wpatrzony w ekran komputera albo telefonu, albo siedzi w łazience i pali godzinami.

Jestem taka, bo jego rodzice (którzy mieszkają kilka ulic dalej) organizują coniedzielne obiady, na które ja nie chcę chodzić (dla mnie co tydzień to zbyt często), a on nie może tego zrozumieć (bo przecież trzeba im podziękować za pomoc przy wnuku, a rzeczywiście bardzo pomagają). Prawie co tydzień jest o to awantura.

Jestem taka, bo wszędzie mam daleko.

Jestem taka, bo A. jest wygodnie, a mnie nie.

Jestem taka, bo usłyszałam, że to mój problem, to ja mam zmienić pracę, albo pracować z domu. Jemu jest dobrze.

Jestem taka, bo A. ma dużo czasu dla siebie (ma wolny zawód), mnie wciąż go brak.

Jestem taka, bo nigdzie razem nie chodzimy.
Jestem taka, bo A. jest wszystko jedno, w co jest ubrany i jak wygląda.
Jestem taka, bo mam dość jego kilkudniowych fochów o byle bzdet.
Jestem taka, bo mam dość jego wrzasków, gdy tylko coś jest nie tak.
Jestem taka, bo mam dość i jego i siebie samej.

Szczegółów jest jeszcze bardzo-bardzo dużo, ale nie będę już o nich pisać.

A. ma dość wiecznie jęczącej i czepiającej się o wszystko kobiety.

Ja mam dość jego i siebie samej też.

Dialogu brak.

Nawet rozstać się nie ma jak. Czuję się oszukana. Ale może to ja mam za wysokie wymagania. Ja już sama niewiele wiem i niewiele rozumiem.

I.